Kto mieczem wojuje…

Kto mieczem wojuje…

Joanna Lichocka 21-04-2008, ostatnia aktualizacja 21-04-2008 00:28

Trudno już atakować PiS za śmierć Barbary Blidy, odkąd „reżim” PO ma swoją ofiarę – sędziego z Garwolina, który powiesił się po przeprowadzeniu u niego w biurze rewizji przez ABW – pisze publicystka „Rzeczpospolitej”

Grzegorz Schetyna

autor zdjęcia: Radek Pasterski
źródło: Rzeczpospolita
Grzegorz Schetyna

Od trzech tygodni kolejne pracownie badania opinii publicznej wskazują na spadek poparcia dla PO i liczby pozytywnych ocen rządu. Po raz pierwszy tę tendencję wychwyciło SMG/KRC w sondażach dla „Forum” TVP: w ostatnich dniach marca poparcie dla PO spadło o 8 procent. Inne ośrodki – jak kilka dni temu PBS, która przeprowadziła badania dla „Gazety Wyborczej” – wskazują nie tylko spadek PO, ale znaczny wzrost poparcia dla PiS. Tym samym dystans między obydwiema partiami, choć wciąż duży, znacznie się zmniejsza.

Trudno już wierzyćna słowo

To z pewnością daje do myślenia specjalistom od propagandy Platformy Obywatelskiej. Spadek poparcia dla PO i rządu (o 17 proc. ocen pozytywnych mniej w sondażu SMG/KRC) i wzrost poparcia dla PiS, a zwłaszcza dla prezydenta (wzrost o 7 proc. w tym samym badaniu w ciągu trzech tygodni) są zapewne spowodowane przebiegiem dyskusji dotyczącej ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Wbrew tezom publicystów, nawykłych do potępiania i prezesa PiS, i prezydenta, wyraźne zaznaczenie wątpliwości wobec sposobu ratyfikacji i postulowanie mocnych zabezpieczeń dla uzgodnionych w Brukseli warunków traktatu okazało się opłacalne.Być może jednak ta zmiana w sondażach jest też elementem zniecierpliwienia i znużenia uprawianą przez polityków PO i jej specjalistów od marketingu, opisywaną już przeze mnie kilka razy grą w anty-PiS. Miotanie kolejnych oskarżeń o różne „zbrodnie” i „poważne naruszenia prawa”, z których potem niewiele się potwierdza w postępowaniu prokuratorskim, zaczyna wywoływać efekt przeciwny do zamierzonego. Gdy słychać oskarżenia rzucane przez Zbigniewa Chlebowskiego (teraz na przykład na zarząd TVP), to jeśli się wspomni ten sam ton, tembr głosu i oskarżycielskie sformułowania wobec CBA, które jak wiadomo okazały się humbugiem, wzruszenie ramionami może być coraz powszechniejszą reakcją.Zwłaszcza że szef Klubu PO nawet nie zna audytu, jaki został przeprowadzony w TVP, a który według niego wykazuje „ogromne nieprawidłowości”. Nie zna tego dokumentu, bo jest on utajniony, a jeśli jest utajniony, to – powtarzam wywód logiczny polityka PO – trzeba zawiadomić prokuraturę, bo wynika z tego, że audyt jest utajniony właśnie dlatego, że wykazał nieprawidłowości.

Wprawdzie w ujawnionym przez ministra skarbu fragmencie raportu na temat działania TVP nie ma mowy o nadużyciach i przestępstwach, tylko takie np. sentencje: „w spółce brak jest sformalizowanej kompleksowej informacji zarządczej na temat realizacji projektów, co rodzi ryzyko dublowania projektów”, ale to nie zbija polityków PO z tropu.

Powtórzę jednak: wydaje się, że po kampanii niepotwierdzonych oskarżeń różnego kalibru coraz trudniej opinii publicznej wierzyć politykom PO na słowo i dzielić z nimi oburzenie. Szczególnie że ich uwagę zajmuje kwestia tak trzeciorzędna z punktu widzenia interesów przeciętnego Polaka jak losy zarządu TVP lub rozważanie czy prezydent choruje na alzheimera.

„Zbrodnie” Platformy

Ale nie tylko znużenie i zniecierpliwienie metodą może sprawić, że kontynuowanie strategii oskarżania rządów PiS o „poważne przestępstwa” może się okazać dla polityków PO niekorzystne, a przynajmniej niezręczne. Wydaje się, że wraz z upływem czasu pod rządami PO oskarżenia miotane na poprzednią ekipę mogą się zadziwiająco szybko obrócić przeciw politykom PO. Rozliczanie rządów PiS ma coraz krótsze nogi, bo im dłużej rządzi PO, tym więcej jest przykładów podobnych „zbrodni” nowej władzy.

I nie chodzi tylko o „zawłaszczanie państwa”, jak chętnie opisywali to politycy PO, gdy byli w opozycji. Teraz równie chętnie (tylko znacznie ciszej) dzielą się z koalicjantem, według czysto partyjnego klucza, stanowiskami nie tylko w ministerstwach, agendach rządowych, województwach oraz służbach specjalnych, ale też – co niestety stało się normą w naszym systemie politycznym – stanowiskami w spółkach Skarbu Państwa. Na dodatek stanowiska te obejmują nie tylko „swoi” działacze partyjni, ale i, jak udowadnia to w zarządzie Ciechu Marcin Dobrzański, także ich rodziny.

Chodzi również o stosowane mechanizmy władzy, które za rządów PiS miały wprowadzać „państwo policyjne”, a które teraz, tu i ówdzie pokazują się całkiem znajomo. Trudniej będzie stosować teraz tę samą poetykę oskarżeń o zbrodnie władzy w przypadku wyjaśniania śmierci Barbary Blidy, gdy „reżim” PO ma swoją ofiarę w osobie sędziego z Garwolina, który powiesił się po przeprowadzeniu w jego biurze rewizji przez ABW.

Kłopotliwie jest mówić o bezwzględnym i niehumanitarnym w swej surowości systemie sprawiedliwości, jaki usiłowało wprowadzić PiS, gdy w krakowskim areszcie zagłodził się na śmierć obywatel Rumunii w proteście przeciw niesłusznemu jego zdaniem zatrzymaniu.

Trudniej będzie powtarzać tezy o „areszcie wydobywczym”, gdy ktoś przyjrzy się sprawie zatrzymania Janusza Filipiaka, prezesa Cracovii. Zatrzymano go w sobotę o godzinie 13 na lotnisku, skuto kajdankami, zawieziono do aresztu, by… o 3 nad ranem przesłuchać.

Dlaczego o 3 nad ranem? Czemu miałoby to właściwie służyć? Filipiak złożył zażalenie na sposób zatrzymania i przesłuchania, a ja z niecierpliwością czekam na tekst choćby Jacka Żakowskiego o aresztach wydobywczych ministra Ćwiąkalskiego i „zbrodniach” systemu. Oczywiście raczej się nie doczekam, bo to nie rządy PiS, tylko PO – PSL, a wobec nich taryfa jest zupełnie inna. Tyle że opinia publiczna zacznie te różnice w taryfie coraz wyraziściej dostrzegać. Wiarygodność oskarżeń wobec PiS będzie więc tym mniejsza, im więcej podobnych przypadków zdarzy się ekipie PO. A jak wiadomo, zdemaskowanie hipokryzji rządzących jest jednym z najskuteczniejszych sposobów na spadek poparcia.

Schetyna zna szczegóły

Pomyślałam też o hipokryzji, gdy widziałam w studiu TVN 24 Adama Szejnfelda z PO, który wraz z Januszem Zemkem z SLD oskarżał prezesa PiS o naruszenie prawa, gdyż otrzymał on od prokuratora dokumenty z przesłuchaniami świadków w sprawie mafii paliwowej. Jarosław Kaczyński, wówczas prezes rządzącej partii, zapewne żadnego formalnego prawa (prócz dopuszczenia do tajemnicy państwowej i zasiadania w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego) nie miał, ale z ostatnich tygodni mamy całkiem dobry przykład podobnej sytuacji.

Rozliczanie „zbrodni” PiS ma coraz krótsze nogi, bo im dłużej rządzi PO, tym więcej jest przykładów podobnych „zbrodni” nowej władzy

Grzegorz Schetyna, wicepremier i minister spraw wewnętrznych i administracji, także najwyraźniej miał dostęp do informacji z przesłuchań świadków w postępowaniu prokuratorskim wobec prezydenta Olsztyna. Musiał znać szczegóły, skoro nie tylko komentował sprawę w mediach, ale też w TVN 24 poinformował opinię publiczną, która kobieta, a konkretnie żona którego radnego (z nazwiska!), była przez prezydenta molestowana i wniosła oskarżenie. Wówczas bardzo istotna była sprawa zachowania anonimowości świadczących przeciw prezydentowi kobiet i to, że po tej informacji podanej przez wicepremiera nie wybuchł medialny skandal z powodu ujawnienia szczegółów śledztwa przez członka rządu, a politycy opozycji od rana do wieczora nie mówili o poważnym uchybieniu ministra, można tłumaczyć słabością i mediów, i opozycji. No i osobistą sympatią, jaką niewątpliwie umie budzić Schetyna.

Kwestia czasu

Być może dlatego Janusz Palikot tak gorąco znów włączył się do gry, że ostatnie sposoby „trzymania PiS na smyczy”, jak ujął to ktoś w jednej z debat, nie bardzo się udają. Stąd grubiańskie pytania o schorzenia prezydenta i domaganie się oficjalnego podania do wiadomości informacji o jego stanie zdrowia. Palikot liczył zapewne, że wprawi Pałac Prezydencki w zakłopotanie, i zapewnił zarazem, że premier informacje o swoim stanie zdrowia poda, nie czyniąc z tego żadnego problemu.

Polityk PO ciut się przeliczył. Prezydent bowiem stwierdził „czemu nie”. Skoro z pamięci wygłasza przemówienia, to raczej alzheimera nie ma. Powiedział także, co niechybnie stanie się z takimi informacjami – stan zdrowia polityka stanie się narzędziem walki politycznej. Bo zabieg Palikota może obrócić się też przeciw Platformie, choć do tego trzeba by równie grubiańskiego polityka opozycji.

Otóż gdyby w PiS albo w SLD był odpowiednik Palikota, mógłby on rzec – w tym samym brutalnym stylu – że nie jest dla nikogo tajemnicą, iż Donald Tusk w przeszłości w znacznych ilościach używał alkoholu. Że do tego typu kłopotów przyznał się w jednym z wywiadów. A jego bliski kolega z czasów antykomunistycznej opozycji Mirosław Rybicki, członek Ruchu Młodej Polski, tak opisywał czas malowania kominów w Spółdzielni Pracy Robót: „Gdy pracowaliśmy w spółdzielni, piło się sporo. Donald też za kołnierz nie wylewał. Przeciwnie. Pamiętam, że kiedyś się razem zastanawialiśmy, czy przypadkiem nie przesadzamy. Myślę, że byliśmy gdzieś na granicy, od której zaczynają się problemy z alkoholem” („Newsweek” z 30 października 2005 r.).

Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. To tylko kwestia czasu.

Źródło : Rzeczpospolita

Kościół od wewnątrz zagrożony

nasza witryna Kościół od wewnątrz zagrożony
Ks. prof. Michał Poradowski

okladka
Tytul Kościół od wewnątrz zagrożony
Autor Ks. prof. Michał Poradowski
Miejsce wydania Wrocław
Wydano w roku 2001
ISBN 83-85829-78-4
Wydawnictwo Wydawnictwo NORTOM
Adres wydawnictwa 53-304 Wrocław
ul. Sanocka 15/17
Tel: (071) 7846817
Fax: (071) 3677688
Adres wydawnictwa w internecie http://www.nortom.pl
Email nortom@nortom.pl
Elektroniczna wersja ksiazki

Fragmenty książki

WSTĘP

“Kościół od wewnątrz zagrożony”? Czy to nie przesada? Może tak było dawniej, kiedyś w okresie arianizmu lub Renesansu, ale dzisiaj w okresie “odrodzenia posoborowego”? A jednak wystarczy zajrzeć do Nowego Testamentu aby stwierdzić, że Kościół był zagrożony od wewnątrz już w pierwszych latach swego istnienia. Na przykład św. Juda Apostoł pisze: “Uważam za potrzebne napisać do was, aby zachęcić do walki o wiarę. Wkradli się bowiem pomiędzy nas jacyś ludzie, którzy dawno zapisani są na potępienie, bezbożni, którzy łaskę Boga naszego zamieniają na rozwiązłość, a nawet wypierają się Władcy i Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (34). Dokładnie tak samo jak dzisiaj. A Chrystus Pan nas przestrzegał, że pod tym względem najgorzej będzie w Kościele w czasach bezpośrednich przed Jego drugim przyjściem. Wezwani do obrony Wiary, tego największego naszego skarbu, powinniśmy jak Chrystus Pan nam to przekazał rozpoznawać “znaki czasu” i orientować się, gdzie i jak jest ona zagrożona. Wydaje się, że w naszych czasach Kościół jest zagrożony od wewnątrz przede wszystkim (lecz nie jedynie) przez protestantyzm i przez marksizm. Przenikanie protestantyzmu do wewnątrz Kościoła jest sygnalizowane przez wielu papieży juko jedno z największych niebezpieczeństw dla Wiary, a marksizm jest właściwie jedną z logicznych konsekwencji protestantyzmu. W niniejszym tomiku publikowane są dwie odmienne prace, ale związane ze sobą tematyką. Socjologa protestantyzmu zwraca uwagę na obecny proces protestantyzacji myśli katolickiej, dzięki czemu został ułatwiony “wpływ marksizmu na współczesną teologię”, co sprawia, że antychrześcijańską rewolucja bolszewicka uzyskuje poparcie ze strony części duchowieństwa, zwłaszcza w krajach “trzeciego świata”. Praca o protestantyzmie została napisana prawie 35 lat temu, gdyż w roku 1946, ale dopiero w roku 1978 została opublikowana i przy tej okazji uzupełniona w formie artykułów w Duszpasterzu Polskim Zagranicą, wydawanym w Rzymie, a w przekładzie hiszpańskim wydana jako książka w Madrycie w roku 1980. Praca zaś o wpływie marksizmu na współczesną teologię ukazała się w formie artykułów w tymże samym Duszpasterzu w latach 1974-1980 i także w formie książki po hiszpańsku została wydana w Madrycie w roku 1976. Niniejsze wydanie książkowe obu prac po polsku, jest fotokopią artykułów z Duszpasterza.

(…)

PROTESTANTYZACJA KATOLICYZMU

Ostatnio często się spotykamy z opiniami na temat rzekomej protestantyzacji katolicyzmu i jest rzeczą bardzo znamienną, że najwięcej i najczęściej podkreślają ten fakt ci katolicy, którzy nawrócili się z protestantyzmu. To głównie oni z bólem i goryczą stwierdzają, że błędne wierzenia i praktyki protestanckie, od których uciekli, przechodząc na katolicyzm jakieś trzydzieści-czterdzieści lat temu, wprowadzane są obecnie w życie przez hierarchię Kościoła katolickiego. Dla każdego bezstronnego obserwatora życie Kościoła katolickiego jest niezaprzeczalnym faktem, że dzisiejsza religijność katolicka coraz więcej przejmuje elementów protestanckich i chociaż fakt ten stwierdzają wszyscy, tylko niektórzy uważają go za objaw negatywny. Na tym polega zasadnicza różnica między sytuacją w wieku XVI i w czasach dzisiejszych. Jeśli bowiem w czasach Lutra i Soboru Trydenckiego tego rodzaju objawy spotykały się z jednolitą potępiającą postawą, obecnie reakcja katolików w tej sprawie jest podzielona; dla jednych jest to zgorszeniem i przyczyną troski, podczas gdy dla drugich jest okazją do zadowolenia, gdyż w “protestantyzacji” katolicyzmu widzą postęp i unowocześnienie, a niektórzy nawet i drogę do ekumenizmu. Wydaje się, że ta niezaprzeczalna obecność protestantyzmu wewnątrz dzisiejszego Kościoła katolickiego ma dwa źródła. Jednym z nich są podobnie jak w wieku XVI – pewne procesy wewnątrz samego Kościoła; drugim zaś jest wpływ jaki protestantyzm wywiera z zewnątrz na Kościół katolicki, zwłaszcza przez niezliczone ułatwione kontakty z okazji akcji ekumenicznej i tego wszystkiego, co się w praktyce czyni pod pretekstem ekumenizmu. Aby więc uzupełnić nasz cykl szkiców na temat “socjologii protestantyzmu”, tak tego z czasów Lutra jak i obecnego, przyjrzyjmy się pokrótce dzisiejszej protestantyzacji katolicyzmu, ale wyłącznie w ramach schematu jaki został w szkicach tych zastosowany. Wypada przypomnieć, że w zastosowanym schemacie spojrzeliśmy na protestantyzm wyłącznie z punktu widzenia “socjologii religii”, biorąc pod uwagę pięć zasadniczych probierzy, a mianowicie:

1. Protestantyzm jako reforma

2. Protestantyzm jako nawrót do germańskich wierzeń pogańskich

3. Protestantyzm jako zerwanie z cywilizacją łacińską

4. Protestantyzm jako judaizacja chrześcijaństwa

5. Protestantyzm jako zeświecczenie chrześcijaństwa

Pierwszy probierz – protestantyzm jako reforma – musimy pozostawić na boku, gdyż jak widać, ten tak bardzo pozytywny aspekt protestantyzmu Lutra w całej pełni został osiągnięty przez Kościół katolicki dzięki reformie przeprowadzonej przez Sobór Trydencki (1545-1563) oraz – rozciągając analogię na dzisiejsze czasy – przez reformy Drugiego Soboru Watykańskiegoo Jeśli chodzi o drugi probierz – protestantyzm z czasów Lutra jako nie świadomy nawrót do germańskiego poganizmu – należy uczciwie zapytać, czy jest coś podobnego w dzisiejszym katolicyzmie. Otóż sam Drugi Sobór Watykański stwierdza, że świat współczesny powraca do poganizmu, a przecież kiedy Sobór używa tego wyrażenia “świat współczesny” włącza doń także i katolików. Zanim będzie mowa o tym powrocie współczesnego człowieka (także i katolika) do poganizmu i zwłaszcza do oddawania człowiekowi religijnej czci, należnej wyłącznie Bogu, należy stwierdzić, że dzisiaj szerzy się w Kościele, a zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, świadomy i zorganizowany powrót do starych wierzeń pogańskich ludów prymitywnych. Co gorsza, nie chodzi tutaj o jakiś ruch spontaniczny, niekontrolowany przez władze kościelne i niemożliwy do opanowania przez nie, lecz o zbrodniczy, świadomy i zorganizowany przez część kleru katolickiego nawrót do wierzeń pogańskich, które się wprowadza do oficjalnego Credo Kościoła katolickiego i włącza się je do liturgii mszalnej. Chodzi tutaj o tak zwany “trybalizm”. W tym wypadku ten obecny nawrót do poganizmu  niektórych krajów katolickich, jest o wiele bardziej godny potępienia niż powracanie do poganizmu protestantów w czasach Lutra, gdyż w XVI wieku był  to ruch spontaniczny, prawie nieświadomy, a zawsze wbrew władzom kościelnym, podczas gdy obecny nawrót do starych wierzeń pogańskich niektórych szczepów  Indian południowo-amerykańskich jest dziełem świadomym, zorganizowanym przez samą hierarchię kościelną i wprowadzanym w życie jako “duszpasterstwo posoborowe” . Jest czymś nie do pomyślenia, żeby Kościół sam niszczył wiarę i w jej miejsce wprowadzał stare religie pogańskie. Niestety, ta zbrodnia ma miejsce od szeregu lat w wielu krajach, a zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej i chociaż jest to zbrodnia karana Prawem Kanonicznym, jak dotąd, nic nie wiadomo, aby sprawcy tej zbrodni byli pociągnięci do odpowiedzialności. Ta poganizacja przez niektórych księży i biskupów ludów od wieków chrześcijańskich, jest w pełni tolerowana jako “duszpasterstwo ekumeniczne”, co jest niezbitym dowodem protestantyzacji katolicyzmu. Widzieliśmy, że trzecim probierzem protestantyzmu (z punktu widzenia przyjętego tutaj schematu) jest zerwanie z cywilizacją łacińską. Wypada więc zapytać, jaki jest stosunek dzisiejszego Kościoła katolickiego do cywilizacji łacińskiej? Wydaje się, że niemniej wrogi jak i protestantyzmu. W sprawach stosunku Kościoła do “cywilizacji” w ogóle i do “cywilizacji łacińskiej” w szczególności jest wiele nieporozumienia. Nie tu miejsce na omawianie tego zagadnienia, ale trzeba przypomnieć, że Kościół nie może utożsamiać się, z żadną cywilizacją historyczną, gdyż z zasady, ze swego powołania Kościół jest “matką i mistrzynią” wszystkich kultur i cywilizacji chrześcijańskich wszystkich epok, gdziekolwiek one powstają, będąc Kościołem z istoty swej “powszechnym”, czyli katolickim, co jednak nie przeszkadza, że Kościół może utożsamiać, się; z ideałem cywilizacji, który on sam proponuje pod różnymi nazwami, jak np. “cywilizacji chrześcijańskiej”, (o której nam mówią liczne encykliki społeczne i który to termin stał się bardzo drogi niektórym pisarzom katolickim) o “cywilizacji miłości” (termin bodajże wprowadzony przez Pawła VI, a używany także i przez jego następców) . Niemniej jednak Kościół powinien należycie doceniać cywilizacje historyczne według wartości, które one reprezentują, a zwłaszcza według ich użyteczności dla spełniania przez Kościół jego Misji ewangelizacji wszystkich ludów. W szczególny sposób Kościół powinien doceniać te cywilizacje historyczne, które narodziły się z ducha ewangelii i które są w większym stopniu dziełem samego Kościoła lub co najmniej wyrosły pod jego opieką. Takich cywilizacji historycznych jest wiele, ale jedna z nich, a mianowicie tzw. cywilizacja łacińska jest właściwie dziełem samego Kościoła, chociaż jej początki i fundamenty tkwią leszcze w starych, przedchrześcijańskich cywilizacjach śródziemnomorskich. Cywilizacja łacińska jest dziełem Kościoła, dokonanym w europejskim środowisku geograficznym, kulturalnym i historycznym, lecz – właśnie dlatego że jest dziełem Kościoła – z istoty swej jest ona uniwersalna, tzn. że może być przyjęta także i przez ludy innych ras i innych warunków geograficznych i ekologicznych, co samo życie udowodniło. To z tą cywilizacją w okresie tysiąca lat średniowiecza utożsamiało się chrześcijaństwo. Chociaż teoretycznie chrześcijaństwo może przyczynić się w każdym środowisku kulturalnym i geograficznym do wytworzenia miejscowej cywilizacji mniej lub więcej “chrześcijańskiej” – i w praktyce tak było niejednokrotnie – to jednak tylko cywilizacja łacińska okazała się dziełem trwałym i, co najważniejsze, dziełem uniwersalnym, to znaczy zdolnym do rozprzestrzeniania się na wszystkie ludy i wszystkie kraje, szanując miejscowe kultury i ich wartości, jeśli te nie sprzeciwiają się Ewangelii. Kościół nigdy nie utożsamiał się z żadną cywilizacją, a więc także i z cywilizacją łacińską i ta postawa Kościoła, zwłaszcza dzisiaj, powinna być jasno podkreślana. Wszelka tendencja utożsamiania się z jakąkolwiek cywilizacją historyczną krępowałaby Kościół w wypełnianiu swej zasadniczej misji przekazywania nauki Chrystusa Pana i pośredniczenia między każdym człowiekiem i każdym ludem a Bogiem, który jest Ojcem wszystkich ludzi i wszystkich ludów. Nie znaczy to jednak, aby Kościół mógł nie doceniać wartości i znaczenia niektórych cywilizacji, a zwłaszcza cywilizacji łacińskiej, szczególniej w tych krajach, w których jest ona głęboko zakorzeniona i ściśle związana z wiarą i obyczajami chrześcijańskimi. Wszelkie osłabienie i zubożenie cywilizacji łacińskiej, a zwłaszcza jej niszczenie, natychmiast odbija się na stanie życia religijnego i obyczajów. Nie należy zapomnieć, że Kościół z troską i wielkim wysiłkiem budował w ciągu wieków cywilizację łacińską właśnie dlatego, aby zapewnić swym wiernym należyte warunki do praktykowania wiary i do życia według jej wymagań, czyli wytwarzał instytucjom formy współżycia społecznego, ustrój gospodarczy i polityczny według wymagań Ewangelii. Widzieliśmy poprzednio, że protestantyzm zawsze zwalczał cywilizację łacińską, stąd też można powiedzieć, że obecna postawa walki z cywilizacją łacińską wewnątrz Kościoła, tak niestety częsta i nawet fanatyczna, jest jednym z przejawów protestantyzacji katolicyzmu. Jednym z historycznych elementów cywilizacji łacińskiej jest język łaciński. Porzucenie tego języka przez Kościół, a nawet w wielu środowiskach brutalna walka z tym językiem jest także jednym z przejawów protestantyzacji katolicyzmu. Atakując łacinę, zwalcza się nie tylko sam język jako taki, lecz także i dorobek kulturalny niemal dwutysiącletni, wyrażony w tym języku. Porzucanie łaciny jest zrywaniem z myślą filozoficzno-teologiczną wyrażoną w tym języku,  z kulturą łacińską, z bogactwem liturgii łacińskiej i śpiewu gregoriańskiego. Chociaż w wielu wypadkach porzucenie łaciny jest tylko frywolnością, objawem braku kultury, czy też przejawem zjawiska socjologicznego, które Ortega y Gasset nazwał “buntem motłochu” (”la rebelion de la masas”), to jednak jest w tym także niewątpliwie typowa reakcja protestancka przeciwko językowi-symbolowi cywilizacji łacińskiej. Wielu zapomina, że Drugi Sobór Watykański w licznych dokumentach kładzie nacisk na konieczność zachowania łaciny w życiu Kościoła”. Tymczasem wkrótce po Soborze, wbrew jego zaleceniom, zaczęła się walka z łaciną i usuwanie jej z liturgii i ze studiów teologicznych, a przecież im bardziej się kładzie nacisk na słuszne i dziś niezbędne używanie języków ludowych w liturgii i w studiach, tym bardziej okazuje się konieczność zachowania łaciny jako języka podstawowego, zwłaszcza w liturgii, w Prawie Kanonicznym, w definicjach dogmatycznych i w Piśmie Świętym. Także należy pamiętać, że kiedy mówi się o łacinie, nie chodzi tylko o sam język jako taki, lecz także o całe bogactwo myśli chrześcijańskiej w ciągu dwóch tysięcy lat wyrażone w tym języku. Przekłady bowiem nawet najdoskonalsze i najuczciwsze nigdy nie mogą zastąpić oryginału, szczególniej jeśli chodzi o łacinę, gdyż jest to język wyjątkowo dokładny, niedopuszczający nieporozumienia i nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Całkowite porzucenie łaciny równałoby się porzuceniu chrześcijańskiej myśli wielu stuleci, a więc znacznej części tradycji, a na to mogą się odważyć tylko barbarzyńcy. Jakie to znamienne, że biskupi afrykańscy (wykształceni i wychowani jeszcze przed Soborem w Europie), okazali więcej w tej sprawie zrozumienia, niż wielu biskupów europejskich i południowo-amerykańskich, gdyż to przede wszystkim oni wypowiadali się przeciwko porzuceniu łaciny, zdając sobie sprawę, że to tylko poprzez łacinę oni sami mają dostęp do bogactwa myśli chrześcijańskiej przeszłych wieków. Wiele wartości, a zwłaszcza zwyczajów chrześcijańskich, zachowuje się j tylko w ramach cywilizacji łacińskiej, to też osłabienie tejże cywilizacji wystawia j na niebezpieczeństwo te wartości i obyczaje. Jako przykład można wspomnieć  sprawę celibatu. Niedawno papież Jan Paweł II w swym wspaniałym Liście do Kapłanów (z 8 kwietnia 1979 r.) stwierdza, że celibat charakteryzuje Kościół  łaciński i tak jest, gdyż poza Kościołem łacińskim celibat nie istnieje, przynajmniej jako instytucja prawno-moralna. Oczywiście, nie można utożsamiać  “Kościoła katolickiego” z “cywilizacją łacińską”, jako iż są to terminy i rzeczywistości historycznie różne, ale nie ma wątpliwości, że obie te rzeczywistości są  ze sobą ściśle związane. Osłabienie, a zwłaszcza niszczenie cywilizacji łacińskiej i porzucenie jej wartości i form współżycia musi mieć natychmiastowe  skutki i wpływ na życie Kościoła w ogóle, a łacińskiego w szczególności, a więc reperkusje w jego instytucjach i zwyczajach. Celibat w ramach całości różnych instytucji i zwyczajów cywilizacji łacińskiej znajduje odpowiednie warunki, poza którymi z trudnością może być utrzymany. Celibat wymaga specjalnej i głębokiej kultury wewnętrznej, którą zapewniają tylko niektóre cywilizacje i jest faktem niezaprzeczalnym, że tylko tam gdzie cywilizacja łacińska jest żywa i silna, Kościół mógł z powodzeniem utrzymać instytucję celibatu i że poza tą cywilizacją zachowanie celibatu natrafia na duże trudności, a w niektórych cywilizacjach jest w ogóle niemożliwe, podobnie jak niemożliwe jest także i małżeństwo monogamiczne. Zapewne w przyszłości Kościół nie zdoła zachować instytucji celibatu duchowieństwa niezakonnego, bez jednoczesnej obrony cywilizacji łacińskiej, która stanowi niezbędne ramy dla tejże instytucji. W niniejszym artykule, wyłącznie socjologicznym, nie poruszono aspektów teologicznych celibatu, ale wszelkie argumenty teologiczne, bez uwzględnienia aspektów socjologicznych, pozostają oderwane od życia. W czasie II Soboru Watykańskiego dużo się mówiło na temat możliwości zniesienia celibatu i niektórzy biskupi byli przekonani, że to nastąpi, stąd też dając rekolekcje dla swych księży diecezjalnych, czynili do tego aluzje. Mówi się, że już po Soborze podobno na ten temat toczyły się rozmowy między grupą biskupów zwolenników zniesienia celibatu i papieżem Pawłem VI i że Papież okazał się przychylny ich żądaniom, ale pod pewnymi warunkami. Mimo, iż później Kościół zajął w tej sprawie jasną pozycję i zdecydowaną, dyskusje nie ustały, a argumenty w niej wysuwane są typowo protestanckie. Nadto, katoliccy teologowie “ekumeniczni”, czyli zwolennicy szybkiego i bezwarunkowego zjednoczenia z protestantami uważają, że zniesienie celibatu w Kościele katolickim jest niezbędnym warunkiem tegoż zjednoczenia, stąd też w imię “ekumenizmu” żąda się zniesienia celibatu. Niewątpliwie jest to także przejaw protestantyzacji katolicyzmu. Wiadomo jest także, iż istnieje w Kościele dość liczna grupa biskupów, którzy chcą doprowadzić do zniesienia celibatu drogą faktów dokonanych, czyli że faworyzują w swych diecezjach księży żyjących w konkubinacie i obarczonych liczną rodziną. Biskupi ci okazują we wszystkim, a nie tylko w sprawie celibatu, typową mentalność protestancką i we wszystkim, a zwłaszcza w liturgii naśladują sekty protestanckie.

Atak na celibat jest tylko częścią ataku na “kapłaństwo ministerialne”. W ostatnich latach jesteśmy świadkami, jak to różnymi drogami chce się dojść do zniesienia kapłaństwa w Kościele katolickim, a jest to przecież oczywista postawa protestancka. Protestantyzm, znosząc ofiarę Mszy św. zniósł także i kapłaństwo ministerialne. Podobna tendencja jest dzisiaj wewnątrz Kościoła katolickiego, a jej zwolennikami są sympatycy protestantyzmu. W wielu diecezjach z każdym dniem coraz więcej czynności właściwych kapłanom powierza się świeckim i to bez żadnego usprawiedliwienia brakiem kapłanów, okazując w ten sposób jak małą wagę przypisuje się kapłaństwu. Nawet utrzymuje się, że Mszę św. – a raczej ceremonię wprowadzoną w jej miejsce – mogą odprawiać ludzie świeccy bez udziału kapłana (jest to znana teza teologa Hansa Kunga, bardzo dziś rozpowszechniona i wprowadzana w życie w Ameryce Łacińskiej), a przecież to są poglądy i praktyki typowo protestanckie. Także usilna akcja na rzecz wyświęcania kobiet i to bez żadnych ograniczeń, a więc nie tylko dopuszczenia ich do diakonatu, ale także i do kapłaństwa i do godności biskupiej, jest objawem przejmowania przez katolików poglądów protestanckich. Podobno statystyki opinii księży katolickich we Francji wykazują, że więcej niż połowa duchowieństwa w tym kraju opowiada się za wyświęceniem kobiet na księży i biskupów. Co gorzej, podobno nawet niektóre osobistości w Watykanie także podzielają to stanowisko. Dobrze się więc stało, że Ojciec Święty Jan Paweł II, w czasie swej wizyty pasterskiej do Stanów Zjednoczonych wyraźnie oświadczył, że Kościół nie widzi możliwości wyświęcania kobiet. Niemniej jednak wiele z zaprowadzonych po Soborze praktyk prowadzi tak do zniesienia celibatu, jak i żądania wyświęcania kobiet. Na przykład fakt, że obecnie studia filozoficzno-teologiczne w wielu krajach seminarzyści odbywają nie w swych seminariach, lecz na uniwersytetach wspólnie z dziewczętami, dla których wydziały te zostały otwarte. Czasami nawet tak się składa, że kobiety są liczniejsze niż mężczyźni. W ciągu wielu lat wspólnych studiów, z jednej strony wytwarzają się sytuacje przyjaźni między tą młodzieżą, które często kończą się zobowiązaniami prowadzącymi do małżeństwa, a stąd powiększa się ruch przeciwko celibatowi, z drugiej zaś strony wykształcone filozoficznie i teologicznie młode dziewczęta nie widzą przed sobą innej przyszłości (zawodu) jak kapłaństwo, gdyż być tylko żoną kapłana już się im wydaje za mało. Dopuszczenie na wydziały filozofii i teologii kobiet jest niewątpliwie całkowicie na miejscu, ale odbywanie tych studiów razem z seminarzystami wydaje  się być nieroztropne, gdyż z jednej strony zbyt wiele wymaga się w tej sytuacji  od seminarzystów, żądając od nich jednocześnie przyjęcia celibatu, a z drugiej strony nie jest logicznym kształcić kobiety tak samo jak seminarzystów, zamykając im jednocześnie drogę do kapłaństwa. Jeśli Kościół zdecydował się na  dalsze zachowanie instytucji celibatu i na niedopuszczanie kobiet do święceń kapłańskich, nie powinien przyjmować kobiet do instytucji przeznaczonych dla kształcenia kleru. Niechaj kobiety studiują teologię, ale nie w towarzystwie kleryków. Obecna praktyka jest czysto protestancka, ale też protestanci logicznie i konsekwentnie znoszą celibat i dopuszczają kobiety do święceń. Katolickie kapłaństwo ministerialne jest także obecnie poważnie zagrożone przez przejmowanie przez katolików protestanckiej zasady, że kandydaci na kapłanów i biskupów powinni być wybierani “demokratycznie” przez odnośne  wspólnoty religijne (parafie, diecezje itd.), gdyż w ten sposób zrywa się z tradycyjną zasadą bezpośredniego powołania przez Chrystusa Pana. Zasada wyborów przez wspólnotę religijną jest typowo protestancka i ściśle związana z procesem “demokratyzacji” Kościoła. Ta protestancka zasada już od wielu lat jest zaprowadzana w Kościele katolickim, jeśli chodzi o wybór kandydatów na diakonów. Jest więc logiczne, że tę samą zasadę usiłuje się rozciągnąć także na wybór kandydatów do kapłaństwa i na biskupów. W ten sposób stopniowo przejmuje się zasady i praktyki protestanckie: to wspólnota religijna (parafia, diecezja, opactwo itd.) wybiera kandydata na kapłana lub biskupa i to ona udziela mu władzy. Stąd zasada protestancka, że władza kapłańska nie jest udzielana przez święcenia i nie otrzymuje jej kandydat z góry, od Boga, od Chrystusa Pana, chociaż poprzez hierarchię, lecz z dołu, od ludu (demokratyzacja Kościoła). Tą drogą zaczyna się szerzyć w Kościele katolickim protestancki zwyczaj, całkowicie przeciwny Tradycji, która utrzymuje, że to Chrystus Pan powołuje do kapłaństwa i to od Niego, poprzez hierarchię otrzymuje się władzę kapłańską, uczestnicząc w kapłaństwie Chrystusa Pana, Jedynego, Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Protestanckie pojęcie kapłaństwa, które przenika obecnie do Kościoła katolickiego jest tylko częścią protestanckiego pojęcia Kościoła, jako “Kościoła ludowego”, a więc wyłącznie horyzontalnego, wprowadzanego w miejsce tradycyjnego pojęcia Kościoła hierachicznego i pionowego.

Niedawno, bo przy okazji Trzeciej Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej w Puebla (Meksyk), w dużej ilości publikacji, przeważnie autorów księży-marksistów, usiłowano narzucić to protestanckie pojęcie Kościoła i kapłaństwa. Dyskusja wśród pisarzy katolickich spowodowana książkami Hansa Kunga jest dowodem do jakiego stopnia wpływy protestanckie są dzisiaj obecne w Kościele katolickim. Przecież Hans Kung zajmuje w dzisiejszym Kościele postawę hardziej radykalną niż swego czasu Luter. Kung jest myślicielem protestanckim wewnątrz Kościoła katolickiego. W swej książce o Kościele (Die Kirche) usiłuje narzucić katolikom czysto protestanckie pojęcie Kościoła. I znamienne jest, że jego opinie nie są natychmiast odrzucane przez katolików, lecz tylko dyskutowane. Nawet już po oficjalnym orzeczeniu Stolicy Świętej, w pełni popartym przez Episkopat Niemiec, nadal różni teologowie i biskupi występują w obronie tak oczywiście protestanckiej postawy. Jeśli chodzi o nową liturgię, to sami protestanci twierdzą, iż została ona, przynajmniej kanon drugi i czwarty, dostosowana do wymagań luteranizmu. Także wielu katolików nawróconych z protestantyzmu z rozpaczą i bólem, rozpoznaje w nowej liturgii mszalnej ceremonie protestanckie. Jako przykład można przytoczyć opinię znanego pisarza francuskiego Julien Green. Nawrócony z anglikanizmu na katolicyzm, w swym wielotomowym pamiętniku-kronice często się skarży, że w nowej liturgii mszalnej spotyka się z elementami liturgii terańskiej. Nadto wielu biskupów i księży, otwartych zwolenników protestantyzmu, świadomie i celowo taką właśnie dają interpretację nowej liturgii mszalnej, wbrew jasnym oświadczeniom Soboru. Katechizm holenderski także jest jednym z wielu dowodów protestantyzacji katolicyzmu, gdyż w nim dostosowuje się katolickie Credo do wymagań i gustów protestantów, przede wszystkim przez pomijanie tego wszystkiego co odróżnia katolicyzm od protestantyzmu. Szybko przetłumaczony na wiele języków i obecnie rozpowszechniony niemal we wszystkich krajach, przyczynia się do zmiany treści Wiary. Stąd też zrozumiałe jest, iż wielu katolików ze zgrozą zapytuje wraz kardynałem Slypyjem czy nie zachodzi niebezpieczeństwo zmiany religii.

Fakt oczywistej protestantyzacji katolicyzmu usprawiedliwia stwierdzenie, że z tego co zostało uprzednio wspomniane jako judaizacja chrześcijaństwa, także ma miejsce obecnie w Kościele katolickim. A więc na przykład obrazobórstwo. Zjawisko to tak obce cywilizacji łacińskiej, jako iż jej korzenie tkwią w starożytnej Grecji i w przedchrześcijańskim Rzymie, jest typowe dla tradycji żydowskiej, która zabrania przedstawiania Boga w malarstwie i rzeźbie. To starotestamentowe stanowisko jest całkowicie zrozumiałe, gdyż chodziło o zwalczenie niebezpieczeństwa kultu pogańskich bożków. Ale w chrześcijaństwie “sztuka kościelna” (ars sacra) jest zupełnie usprawiedliwiona w świetle dogmatu Wcielenia: Bóg przestał być dla człowieka tylko Duchem, stając się także i Ciałem w Jezusie Chrystusie, a więc przyjmuje postać wyobrażalną i materialnie możliwą do przedstawienia w rzeźbie i malarstwie. Bardziej jeszcze się usprawiedliwia kiedy chrześcijański kult religijny rozciąga się także na Najświętszą Dziewicę Bogarodzicielkę i na świętych. Chrześcijanie nie czczą obrazków jako takich, lecz to co one przedstawiają, a więc Chrystusa Pana, Boga Wcielonego, Najświętszą Dziewicę Maryję i świętych. Same święte obrazy i figury jako takie także wymagają poszanowania przez to co przedstawiają, zwłaszcza jeśli są poświęcone. Obrazobórstwo od czasu do czasu pojawia się w Kościele jako objaw tradycji żydowskiej. Znane było we wczesnym Średniowieczu, później w przededniu pojawienia się protestantyzmu i jako jego część składowa i zawsze się pojawia kiedy rosną w Kościele wpływy żydowskie. Właśnie protestantyzm, jako judaizacja chrześcijaństwa, stał się słynny ze swego obrazobórstwa. Nic przeto dziwnego, że skoro obecnie stwierdzamy proces protestantyzacji katolicyzmu, także towarzyszy mu obrazobórstwo. W ostatnim dwudziestoleciu, poza Polską, świątynie katolickie zostały ogołocone, gdyż święte obrazy i rzeźby zostały z nich brutalnie i po barbarzyńsku usunięte, przez co stały się podobne do pustych i zimnych zborów protestanckich. Należy też tu wspomnieć, jako przejaw protestantyzacji czyli judaizacji katolicyzmu, zaciekłą walkę z dogmatem Trójcy Przenajświętszej. Jest niezaprzeczalnym faktem, że dogmat ten znikł tajemniczo prawie ze wszystkich katechizmów wydanych w ostatnim dwudziestoleciu. Można słusznie podejrzewać, że stosowano w tym wypadku znaną metodę przemilczania. Już Karl Barth utrzymywał, że dogmaty systematycznie przemilczane zostają zapomniane lub też uważane za “przestarzałe”. W świetle tej walki wewnątrz Kościoła z dogmatem Trójcy Przenajświętszej należy żałować, że piękna modlitwa “Suscipe soncta Trinitas” nie przeszła z liturgii mszalnej św. Piusa V do nowej liturgii mszalnej Pawła VI. Innym objawem protestantyzacji katolicyzmu jest moda w teologii i katechizacji na tzw. “Jezusanizm”, czyli tendencja nie używania wyrażenia “Chrystus” czy “Jezus Chrystus”, lecz tylko Jezus. W ten sposób zastępuje się “Chrystologię” “Jezusologią”. Sprawa ta jest wielkiej wagi, gdyż “Chrystologia” zajmuje się Chrystusem Panem i jest związana z Mesjaszem-Zbawicielem i z Wcieleniem Słówa Bożego, natomiast “Jezusologią” zajmuje się tylko Jezusem z Nazaretu. Imię “Chrystusa” (Namaszczonego) może nosić tylko oczekiwany w Starym Testamencie Mesjasz-Zbawiciel, podczas gdy imię Jezusa może nosić ktokolwiek (w Hiszpanii jest to imię bardzo powszechne). Nadto, dla chrześcijan Chrystus to nie tylko przyobiecany Mesjasz-Zbawiciel, ale to Słowo, Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej, wcielone we wnętrznościach Najświętszej Dziewicy Bogarodzicy. Porzucając termin “Chrystus”, porzuca się “Chrystologię”, jako naukę teologiczną o Bogu-Człowieku, o Słowie Wcielonym i zastępuje się ją błahą i płytką “Jezusologią”, czyli biografią człowieka z Nazaretu. Jest to stara postawa żydowska, przyjęta od dawna przez niektóre sekty protestanckie. Otóż ta niecna i podstępna postawa walki z bóstwem Chrystusa Pana przeszła ostatnio do Kościoła katolickiego i przejawia się przede wszystkim w tendencyjnych katechizmach, które tylko mówią o Jezusie, ale nigdy o Chrystusie. A stąd już prosta droga do opuszczania w katechizmach wszystkiego na temat Wcielenia, czy dwóch natur w jednej osobie Chrystusa Pana, ludzkiej i boskiej, stąd też i przemilczanie iż Najświętsza Dziewica jest Bogarodzicą i przedstawianie Jej tylko jako Marii, “matki cieśli z Nazaretu”. A skoro w katechizmie znika boskość Chrystusa Pana, gdyż jest mowa tylko o “Jezusie”, nie ma podstaw do wspominania Trójcy Przenajświętszej, a więc chrześcijaństwo sprowadza się do monoteizmu żydowskiego. Jest to więc powrót do arianizmu, który przecież był herezją żydowską, inspirowaną przez Talmud. Bo źródło “Jezusonizmu” jest właśnie w Talmudzie, skąd przeszło do protestantyzmu, a dziś z protestantyzmu przechodzi do teologii i katechezy katolickiej. Jednocześnie zwalcza się istnienie Trzeciej Osoby Trójcy Przenajświętszej, Ducha Świętego, po prostu w katechizmach przemilczając jej istnienie, a w liturgii używając wyrażeń mętnych i dwuznacznych, jak “Duch Boży” i “Duch Jezusa”, terminy często pisane z małej litery – a więc “duch Boży” i “duch Jezusa”, co może znaczyć zarówno wspomnienie o duszy Chrystusa Pana, jak też i niewyraźną aluzję do Ducha Świętego. A kiedy Chrystusa Pana zastępuje się; “Jezusem”, a Ducha Świętego “duchem Jezusowym”, znikają dwie z trzech Osób Trójcy Przenajświętszej i już chrześcijaństwo jest sprowadzone do monoteizmu żydowskiego (mojżeszowego) lub mahometańskiego. Także judaizacja katolicyzmu, a więc i jego protestantyzacja dokonuje się poprzez proces marksizacji teologii. Marksizm bowiem jest w istocie swej judaizmem, nie dlatego, że Marks i Engels byli Żydami, ale dlatego, że jest to myśl sformułowana w związku ze sprawą żydowską i przedstawiona jako sprawy tej ostateczne rozwiązanie. Nadto prawie wszystkie zasadnicze pojęcia tzw. “marksistowskiej teologii” są wzięte z judaizmu i praktycznie teologia ta jest kontrabandą myśli żydowskiej (rabinistycznej) w Kościele. Ta judaizacja (protestantyzacja) katolicyzmu przez marksizm okazuje się. przede wszystkim w zeświecczeniu i w zmaterializowaniu pojęcia “Królestwa Bożego”, które w ujęciu marksistowskiej teologii całkowicie traci charakter duchowy i nadprzyrodzony, przekształcając się w pojęcie czysto doczesne i polityczno-ekonomiczne, utożsamiając się często z jakimś mglistym ustrojem socjalistycznym, czy też wyraźnym ustrojem komunistycznym. Łatwe, szybkie a często nawet entuzjastyczne opowiadanie się części duchowieństwa katolickiego za socjalizmem – wbrew jasnej w tej sprawie postawy nauki społecznej Kościoła, wyrażonej w encyklikach społecznych, czy to na rzecz jakiegoś bliżej nieokreślonego socjalizmu utopijnego, czy to na rzecz socjalizmu marksistowskiego, także jest oczywistym przejawem procesu protestantyzacji katolicyzmu. Sprowadzenie chrześcijaństwa tylko do ideologii społeczno-gospodarczo-politycznej, wyłącznie ześrodkowanej na doczesności, co prowadzi do przekształcenia Kościoła z instytucji religijnej w instytucję dobroczynności, to jeszcze jeden więcej objaw wpływu protestantyzmu. Dla wielu katolików nawet grzech przestał już być obrazą Boga, stając się tylko obrazą człowieka, a zwłaszcza pojęciem szkody wyrządzanej społeczności. Wszystko staje się tylko doczesne, społeczne, gospodarcze, materialistyczne, komunistyczne. Warto też wspomnieć o tym, że duszpasterstwo sakramentalne w ostatnich latach coraz częściej przybiera charakter gromadny, przez co zaciera się osobowy stosunek człowieka do Boga. Obecnie wszystkie sakramenty św. są w wielu krajach udzielane tylko zbiorowo: zbiorowe chrzty, bierzmowania, zbiorowa pokuta, zbiorowa Eucharystia (Msza św. i komunia), zbiorowe błogosławieństwa małżeństw, zbiorowe wyświęcanie kapłanów i nawet już tylko zbiorowe udzielanie ostatniego namaszczenia, zwanego dziś sakramentem chorych. Niewątpliwie jest wiele najsłuszniejszych argumentów na korzyść tego nowego duszpasterstwa sakramentalnego, ale trudno nie widzieć w tym także i niebezpieczeństwa porzucenia osobowego i osobistego stosunku człowieka do Boga, który tak odróżniał Kościół Katolicki od protestantyzmu. Stąd już tylko krok do całkowitego zaświecczenia, czyli do zupełnej protestantyzacji. Łaska Boża i nadprzyrodzoność są już zapomniane do tego stopnia, że nawet nie wspomina się o nich w dokumentach urzędowych, jak np. w dokumencie ogłoszonym przez Konferencję w Puebla. Życie nadprzyrodzone, a więc to co jest najistotniejsze w chrześcijaństwie, znikło już całkowicie w większości nowych katechizmów, a przed tym już z wielu teologii, które uważają się za katolickie (jak np. teologia Karola Rahnera). Część duchowieństwa katolickiego okazuje nawet jakąś dziwną nerwowość, jakiś pośpiech, aby nie tylko dogonić protestantów w tej sekularyzacji, lecz przegonić, jakby czuli się zawstydzeni, że dopiero teraz uznali za słuszną postawę Lutra i Kalwina. Tak więc niestety, prawie to wszystko co poprzednio zostało stwierdzone w związku z sekularyzacją chrześcijaństwa poprzez protestantyzm, także obecnie charakteryzuje wiele środowisk katolickich. Znaczna część współczesnego procesu zmian w Kościele – przez rozciągnięcie go na to co istotne (dogmaty), zamiast ograniczyć go wyłącznie do tego co przypadkowe, drugorzędne – jest niszczeniem Wiary.

Co stanowi główną przyczynę tej szybkiej protestantyzacji katolicyzmu? bez wątpienia źle pojęty ekumenizm. Bo w rzeczywistości istnieją obecnie w Kościele różne ruchy ekumeniczne, które -dla uproszczenia -można sprowadzić do trzech zasadniczych, a mianowicie do dwóch błędnych i jednego właściwego. Zacznijmy od ekumenizmów błędnych. Pierwszy z nich to ruch na rzecz zjednoczenia wszystkich Kościołów chrześcijańskich za wszelką cenę i jak najszybciej. Ten pośpiech tłumaczy się strachem przed wspólnym nieprzyjacielem jakim jest materializm-ateizm. Ten ekumenizm z konieczności prowadzi ku jedności powierzchownej, płytkiej, nieszczerej i oportunistycznej, stąd też skazany jest z góry na niepowodzenie. Drugi niewłaściwy ruch ekumeniczny jest jeszcze gorszy i bardziej niebezpieczny, gdyż jego motywacje nie są religijne, lecz wyłącznie świeckie, doczesne, ziemskie, utopijne. Jest on inspirowany nie troską o Wiarę, nie o chwałę Bożą i przyszłość chrześcijaństwa, lecz jedynie troską o przyszłość ludzkości, społeczeństwa, kultury. Wychodząc z założenia, że religia, jako część kultury, jest niezbędna w życiu człowieka i społeczeństwa, stara się doprowadzić do zaistnienia tylko jednej religii, jako węzła jednoczącego wszystkich ludzi. Mając na uwadze budowę jednego społeczeństwa, jednego światowego Państwa, potrzebuje dla niego jednej religii. Nie obchodzi go sprawa wiary, a więc sprawa, która z istniejących religii jest prawdziwa; obchodzi go tylko użyteczność praktyczna jednej religii. Stąd troska o doprowadzenie do syntezy (synkretyzmu) wszystkich religii, aby z czasem dojść do jednej religii, uniwersalnej, powszechnej, takiej, która mogłaby być przyjęta i wyznawana przez wszystkich, jako podstawa jednej kultury, jednego społeczeństwa, jednego Państwa przyszłości. Jest to mrzonka niezliczonych utopistów wszystkich czasów. W początkach XIX wieku jasno postawił ten postulat Henri de Saint-Simon. Jego “nowe chrześcijaństwo”, zlaicyzowane, pozbawione dogmatów, sprowadzone tylko do etyki, a więc do braterskiej powszechnej miłości, miało stać się fundamentem szczęśliwego społeczeństwa jutra. Dziś ten typ ekumenizmu, wyjątkowo silny, powszechny, pełen energii i inicjatywy, przenika do wewnątrz prawie wszystkich religii. Ma on też, niestety, wielu zwolenników wewnątrz Kościoła katolickiego. Pragnie on stopniowo urzeczywistnić swój program, najpierw jednocząc wszystkie wyznania chrześcijańskie, aby następnie móc to oddogmatyzowane chrześcijaństwo laickie zjednoczyć z innymi monoteistycznymi, po czym, przechodząc do następnego etapu, doprowadzić do zjednoczenia wszystkich religii, dochodząc w ten sposób do jednej religii uniwersalnej. Są to plany naiwnych marzycieli, a także i świadomych wrogów chrześcijaństwa. Są to plany szatańskie. Dla nas, chrześcijan jakiegokolwiek wyznania, a przede wszystkim dla katolików, istnieje tylko jeden autentyczny ekumenizm, nakaz i konsekwencja jedności i powszechności Wiary. Mamy obowiązek walczyć o zwycięstwo autentycznego ekumenizmu, przewidzianego w czasie Ostatniej Wieczerzy w modlitwie Chrystusa Pana. Ale właśnie protestantyzacja katolicyzmu utrudnia nam urzeczywistnienie tego autentycznego ekumenizmu.

(…)

STANOWISKO SOBORU: NOVA  ET   VETERA

Drugi Sobór Watykański – podobnie jak i wszystkie Sobory poprzednie – będąc wiemy nauce Chrystusa Pana, zajął postawę Nova et Vetera: jest za koniecznymi zmianami, przeto przedstawia swoje reformy (Nova), lecz czyni to zgodnie z całą Tradycją (Vetera). Aby twierdzenie to nie wydawało się gołosłowne przyjrzyjmy się kilku konkretnym przykładom, a więc sprawie Mszy św., kapłaństwa, małżeństwa i tomizmu.

Msza święta

W Konstytucji “Sacrosanctum Concilium”, rozdz. II, paragraf 47, czytamy:

Zbawiciel nasz podczas Ostatniej Wieczerzy, tej nocy, kiedy został wydany, ustanowił Eucharystyczną Ofiarę Ciała i Krwi Swojej, aby w niej na całe wieki aż do swojego przyjścia, utrwalić Ofiarę Krzyża i tak umiłowanej Oblubienicy Kościołowi powierzyć pamiątkę swej Męki i Zmartwychwstania: sakrament miłosierdzia, znak jedności, węzeł miłości, ucztę paschalną, w której pożywamy Chrystusa, w której dusza napełnia się łaską i otrzymuje zadatek przyszłej chwały.

Jak widać z powyższego tekstu, nauka Soboru o Mszy św. jest całkowicie taka sama, jak tradycyjna nauka Kościoła w tej sprawie. Co więcej Sobór zalecając reformę liturgii podkreśla, że należy przeprowadzić ją w taki sposób, aby w pełni zachować istotę Mszy św.:

W tym celu obrzędy należy uprościć, zachowując wiernie ich istotę (nr 50).

Czyli, że zgodnie z tomizmem. Sobór ogranicza wszelkie zmiany tylko do tego co akcydentalne, zachowując istotę (substancję) Mszy św. bez żadnych zmian. Nadto trzeba przypomnieć, że na początku tejże Konstytucji podkreśla się, iż Sobór jest we wszystkim wierny Tradycji:

Na koniec trzymając się wiernie tradycji. Sobór święty oświadcza, że święta Matka Kościół uważa za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane obrządki i że chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszelki rozwój; pragnie też, aby tam, gdzie zachodzi potrzeba, zostały one roztropnie i gruntownie rozpatrzone w duchu zdrowej tradycji, oraz aby im nadano żywotność, stosownie do współczesnych warunków i potrzeb (nr 4).

A jeśli stwierdzenie takie znajduje się na początku Konstytucji jest oczywistym, że następujące w niej zalecenia należy interpretować zawsze w świetle Tradycji. W tej samej Konstytucji Sobór kilkakrotnie powraca do sprawy szanowania Tradycji. Czyni to na przykład, kiedy zajmuje się sprawą Komunii św., udzielanej pod obydwoma postaciami, przypominając, że należy brać pod uwagę odnośną naukę dogmatyczną Soboru Trydenckiego:

Przy zachowaniu ustalonych przez Sobór Trydencki zasad dogmatycznych, w wypadkach, które określi Stolica Apostolska, biskup może pozwolić na Komunię świętą pod obiema postaciami, tak duchowieństwu diecezjalnemu i osobom zakonnym, jak i świeckim, na przykład tym, którzy w danej Mszy św. otrzymali święcenia lub złożyli śluby zakonne, czy nowo ochrzczonym we Mszy, następującej po ich ochrzczeniu (nr 55).

Albo kiedy nakazuje zachowanie łaciny w obrządku łacińskim:

W obrządkach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego, poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe (nr 36,1).

A także wymaga zachowania łaciny nawet kiedy, na podstawie specjalnego upoważnienia. Msza św. jest odprawiana w języku ludowym:

Zgodnie z art. 36 niniejszej Konstytucji można pozwolić we Mszach odprawianych i z udziałem wiernych na stosowanie języka ojczystego. Należy jednak dbać o to, aby wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone także w języku łacińskim (nr 54).

Nadto, zgodnie z przepisami liturgii przedsoborowej. Sobór w tejże Konstytucji jasno nakazuje, “aby nikt, nawet kapłan, niczego nie dodał, ani ujął, ani zmienił w liturgii mszalnej z własnej inicjatywy”:

Dlatego nikomu innemu, choćby nawet był kapłanem, nie wolno na własną rękę niczego dodawać, ujmować lub zmieniać w liturgii (nr 22,3),

gdyż jest to wyłącznie kompetencja Stolicy Apostolskiej:

Prawo kierowania sprawami liturgii należy wyłącznie do władzy kościelnej. Przysługuje ono Stolicy Apostolskiej oraz, zgodnie z prawem biskupowi  (nr 22,1)

Zobaczymy poniżej, że nic z  tych  przepisów Soboru, poza Polską nie jest zachowywane, nawet we Włoszech. A więc postawa Soboru w sprawie Mszy ś. jest w pełni zgodna z zasadą Nova et Vetera: reforma liturgii zgodna z Tradycją i zachowującą istotę Mszy św. , tak jak ją określa Sobór Trydencki.

(…)

SYTUACJA W KOŚCIELE PO SOBORZE

Niestety, ta postawa Soboru nie jest zachowana w okresie zmian posoborowych. Tylko w Polsce reformy posoborowe są przeprowadzane zgodnie z zasadą Nova et Vetera (poszanowania zaleceń Soboru i zgodnie z Tradycją) i zgodnie z tomizmem, a więc rozróżniając między tym co istotne (niezmienne i wykluczone z procesu zmian) i co akcydentalne, czyli dopuszczające zmiany i tylko takie zmiany, jakie sam Sobór zalecił przeprowadzić. Czyli, że postawa Kościoła w Polsce wobec zmian jest taka sama jak Soboru: Nova et Vetera. Ale poza Polską, prawie we wszystkich krajach w sprawie zmian posoborowych zaznaczają się cztery postawy, które można by nazwać: l. Nova et Vetera 2. tylko Nova; 3. ani Nova, ani Vetera; 4. tylko Vetera. W pierwszych latach po Soborze, prawie we wszystkich krajach poza Polską, pojawiają się jednocześnie te cztery stanowiska, z tym jednak, że tylko jedno z nich staje się dominującym, podczas gdy inne są tylko marginesowe.

Nova et Vetera

Nova et Vetera, a więc reformy nakazane przez Sobór (Nova), przeprawadzone zgodnie z Tradycją (Vetera), jest to postawa Episkopatu Polski. Wszyscy wiemy z jaką powagą i z jak głębokim poczuciem odpowiedzialności Episkopat Polski przystąpił do przeprowadzenia reform zaleconych przez Sobór. Także należy przypomnieć, że w czasie Soboru, Episkopat Polski okazał wyjątkową godność i powagę w swych wystąpieniach na obradach soborowych, co kontrastowało z niepoważnymi wystąpieniami niektórych biskupów z innych krajów (a przecież wszyscy ci składali swego czasu przysięgę antymodernistyczną!). Episkopat Polski okazał żywą troskę o to, aby posoborowe reformy przyczyniły się do odnowienia i pogłębienia życia religijnego, uwypuklając Depositum Fidei (Vetera) i przez odpowiednie reformy (Nova), okazując go w pełni blasku ludowi. Szczególnie pięknie, dostojnie, powoli, a przede wszystkim roztropnie przeprowadzono reformę liturgiczną (Nova), dzięki której tradycyjna nauka Kościoła (Vetera) zajaśniała pełnią prawdy. Niestety poza Polską, tylko wyjątkowo tu i tam, w niektórych diecezjach, dzięki gorliwości niektórych biskupów, zachowano tę postawę. Nawet we Włoszech i Hiszpanii, postawa Nova et vetera okazała się marginesowa.

Tylko Nova

W ogromnej większości krajów od początku narzuciła się postawa tylko Nova, czyli tylko reformy posoborowe, całkowicie oderwane od Tradycji Vetera. Co więcej, kiedy zaczęto mówić tylko o Nova, rozumiano przez Nova nie naukę Soboru, a tylko reformy posoborowe i natychmiast stało się widoczne, że pod pretekstem odnowienia wszystkiego w duchu nauki Soboru, zaczęto przeprowadzać zmiany całkowicie nieusprawiedliwione przez naukę Soboru, a nawet wręcz tejże nauce przeciwne. Przede wszystkim zarówno z tomizmem, jako filozofią realizmu metafizycznego; z tomistycznym hilemorfizmem oraz rozróżnieniem w przedmiotach i bytach substancji i akcydentów, co natychmiast pozwoliło na objęcie procesem zmian także i samych dogmatów. Postawa “tylko Nova” bardzo odpowiadała zwolennikom marksizmu, gdyż – jak wiadomo – dla marksizmu nie istnieje prawda metafizyczna, czyli poza momentem historycznym. Według marksizmu prawdą jest tylko to, co w danym momencie historycznym za nią jest uznawane, bo jest skuteczne, triumfujące i co w innym momencie historycznym, może być uznane za kłamstwo. Stąd zwolennicy marksizmu natychmiast opowiedzieli się za “tylko Nova” (za zerwaniem z Tradycją) jako za wartościami obecnej chwili historycznej, ale co też “jutro” będzie można tak porzucić, jak dzisiaj porzuca się Tradycję. Oczywiście, że postawa “tylko Nova” nie mogła się długo utrzymać, okazała się tylko etapem i bardzo szybko doprowadziła do postawy trzeciej, najbardziej dziś przyjętej i najbardziej charakterystycznej: “ani Nova, ani Vetera”. W praktyce więc, postawa “tylko Nova” okazała się chwilowym etapem ku całkowitemu zerwaniu z Tradycją (Vetera), jak i z Soborem (Nova).

Ani Nova ani Vetera

Postawa odrzucenia tak Soboru (Nova), jak i Tradycji (Vetera) faktycznie  zapanowała w wielu krajach, z wyjątkiem Polski, już w parę lat po Soborze,  chociaż formalnie jej zwolennicy stale powołują się na Sobór. Najgorzej, że zły przykład szedł z góry, bo od samych Papieskich Komisji. Wszystkim jest znany fakt, że Papieska Komisja Reformy Liturgii w szeregu j dokumentów zajęła stanowisko w niektórych sprawach niezgodne nie tylko  z Tradycją, którą przecież Sobór w tych sprawach nakazuje szanować (jak to już poprzednio widzieliśmy), lecz także z rozporządzeniami Soboru. Postawa nieszanowania w pewnych sprawach ani Nova, ani Vetera natychmiast została przyjęta przez wszystkich zwolenników radykalnych reform, a więc takich, które z zasady rozciągają proces zmian w Kościele także i na to co jest istotne, czyli że usiłują zmienić samą treść, istotę, sens i zawartość religii objawionej, idąc za przykładem Kanta, chcą pojmować religię chrześcijańską, jako dzieło wyłącznie ludzkie, w którym Objawienie zostaje sprowadzone do elementu czysto dekoracyjnego. Także w czasie obrad Papieskiej Międzynarodowej Komisji Teologicznej | niejednokrotnie, w wielu sprawach, zajmowano postawę “ani Nova, ani Vetera”, według opinii jednego z członków tejże Komisji, znanego teologa francuskiego, księdza jezuity Henri de Lubac, który na łamach L’Osservatore Romano (wydanie ;w języku francuskim, z dnia 20 czerwca 1978 r.) pisze, że “Sobór został zdradzony” i że “w stosunku do Soboru wielu teologów zajmuje takie stanowisko  jak wobec Ewangelii; nie czytają go, tak jak nie czytają Ewangelii, aby nie potrzebowali się wstydzić, kiedy powołują się na nią” A kilka lat przed tym, bo  w roku 1974, pod adresem tychże teologów pisał kardynał Angello Rossi także ‘ w L’ Osservatore Romano: “Niech nas Bóg zachowa od takich teologów.” Nie tu miejsce, aby wchodzić w szczegóły, ale dla zobrazowania samego zagadnienia zwróćmy uwagę, na stosunek do czterech wyżej uwzględnionych spraw, gdy była mowa o postawie Soboru. A więc najpierw sprawa Mszy św. Widać, że Sobór zajął w tej sprawie postawę tradycyjną, przypominając, że Msza św. jest niekrwawą ofiarą, odnawiającą Ofiarę na Krzyżu (”Sacrosanctum Concilium”, II, 47). Tymczasem, zwolennicy postawy “ani Nova, ani Vetera” kategorycznie odrzucają ten dogmatyczny charakter Mszy św., sprowadzając ją wyłącznie do obrzędu religijno-społecznego, którego treść i forma przy każdej okazji są inne. Oczywiście, że takie pojmowanie Mszy św. przede wszystkim zrywa z dogmatem przeistoczenia (który to dogmat tak jasno broni Sobór: “…in quo naturae elementu, ab hominibus exculta, in Corpus et Sanguinem gloriosum convertuntur…” – “Gaudium et spes”, 38), a co jest konsekwencją odrzucenia tomizmu, gdyż kiedy przestaje się odróżniać między substancją (istotą) i akcydentami (przymiotami), nie można też mówić o “przeistoczeniu”, skoro nie przyjmuje się samego pojęcia “istoty”. Na przykład we Francji zeświecczenie Mszy św., w wielu środowiskach, jest już prawie zupełne i nie pozostała już nawet nazwa Mszy św. (la Sainte Messe), którą zamieniono na mętny termin “te partage” “podział” lub “dzielenie się”; “te partage de la parole et le partage du pain”. Ale słowo “la parole” tylko w ustach niewielu odnosi się do Pisma św., jako słowa Bożego, a jeszcze rzadziej do Słowa wcielonego, a więc do Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej, gdyż bardzo często zamiast czytać “Słowo Boże”, czyli Pismo św., czyta się pisma jakiegokolwiek autora. “Le pain” chleb, też nie zawsze oznacza “Chleb eucharystyczny”, czyli Najświętszy Sakrament, gdyż po odrzuceniu przeistoczenia, a także i wiary w “rzeczywistą obecność” Chrystusa Pana w Eucharystii, chleb pozostaje tylko chlebem, a “dzielenie się” nim przybiera tylko znaczenie symbolu braterstwa, solidarności i jedności. Sposób w jaki odbywa się to “dzielenie się” chlebem wskazuje, że tak dla “przewodniczącego” (już nie mówi się “celebransa”), jak i dla uczestników jest to tylko zwykły chleb. Sam wielokrotnie widziałem, że cała ta ceremonia odbywa się z mniejszym szacunkiem, niż dzielenie się opłatkiem w Polsce z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Trzeba przyznać, że przyjmuje się w wielu wypadkach obecność Chrystusa Pana w tymże chlebie (którego konsekracja jest wątpliwa), ale tylko na sposób różnych sekt protestanckich, a więc jako obecność symboliczna, czy to jako “znaku”, czy to nawet jako “obecność realna (rzeczywista)”, ale w tym wypadku ograniczona tylko do samego komunikowania (stąd, gdy kawałek chleba upadnie na podłogę, nikt nie fatyguje się, aby go podnieść). Setki konkretnych przykładów podaje książka Andre Mignot-Michel de Saint Pierre i inne. W wielu środowiskach Msza św. przekształciła się w świętokradcze błazeństwa. Nawet w wypadkach, kiedy pobożni i wierzący księża starają się odprawiać ją z należytym nabożeństwem, przez  odrzucenie Nova et Vetera, a więc tak Soboru jak i Tradycji, wpada się w przeraźliwe dziwactwa tak dogmatyczne, jak i ceremonialne, jako skutek samowoli. I to wszystko w imię Soboru, a przecież widać, że Sobór wyraźnie zabrania wszelkich innowacji, gdyż wymaga, aby “nikt, choćby był kapłanem, niczego w tekstach obowiązujących nie dodał, ani ujął, ani zmienił, z własnej inicjatywy.” Tymczasem w niektórych krajach każdy ksiądz, a nawet biskup odprawia Msze św. w inny sposób ku zgorszeniu i dezorientacji asystujących, a nikt nie wie, który sposób odprawiania jest ważny i poprawny. Nawet “celebruje się” bez żadnych szat liturgicznych i bez żadnego tekstu, wszystko improwizując, także i formułę konsekracji, i poza świątyniami, często w miejscach i okolicznościach i najzupełniej niewłaściwych, jak np. kolonie letnie nudystów We Francji w miarę jak porzuciło się termin “Msza św.”, także przestało się używać terminów  “świątynia”, “kościół”, “kaplica”, wprowadzając w ich miejsce termin całkowicie świecki “Structures d’acueil” (sala przyjęć) i to w urzędowych biuletynach diecezjalnych. Ale nie tylko we Francji spotykamy się z faktem odprawiania Mszy św. poza świątyniami, bez żadnego usprawiedliwienia i w skandalicznych warunkach. Przez wiele miesięcy sam byłem świadkiem bolesnego faktu odprawiania Mszy św. przez pewnego biskupa, w sali do zebrań przy kościele, na zwykłym stole, na którym było kilka popielniczek, aby uczestniczący w tej dziwnej ceremonii mieli gdzie strącać popiół ze swych papierosów, palonych w czasie nabożeństwa, przy używaniu do konsekracji zwykłych bułek z piekarni, a zamiast kielicha drewnianych kubków, bez szat liturgicznych i bez krzyża. Niedawno w kościele św. Franciszka w Santiago (Chile), dając ślub w czasie Mszy św., celebrans doszedłszy do momentu konsekracji, wycofał się od ołtarza i przywołał młodą parę, aby sami nowożeńcy wypowiedzieli słowa konsekracji. W tymże Santiago, przed paru tygodniami miał miejsce fakt następujący: pierwsza Komunia św. dzieci odbyła się nie w kaplicy szkolnej (chociaż jest piękna i bardzo obszerna) lecz w jadalni. Wszystkie dzieci siedziały przy stole, mając przed sobą kubek z winem i bułkę na talerzu. Ksiądz pokonsekrował (?) to wszystko polecając dzieciom jeść i pić i dzielić się z rodzicami, po czym podano jeszcze kawę i ciastka. Zdezorientowani rodzice nie wiedzieli, czy to było jakieś wyjątkowe śniadanie, czy pierwsza Komunia św. To wszystko na pewno nie jest ani Nova (Sobór), ani Vetera (Tradycja). Sprawa kapłaństwa ministerialnego też, w wielu krajach przedstawia się bardzo źle, na skutek odrzucenia Nova et Vetera. Z jednej strony przesadza się w podkreślaniu godności kapłaństwa powszechnego wszystkich wiernych, z drugiej zaś strony traktuje się kapłaństwo ministerialne zupełnie niezgodnie z jego sakramentalnym charakterem. Kiedy, na przykład, biskup Orleanu Riobe występuje z projektem wyświęcania na księży młodzieńców tylko na okres paru lat, lub kiedy wypowiada się za ideą wyświęcania kobiet, zrywa całkowicie tak z Nova, jak z Vetera, nie szanuje ani Soboru, ani Tradycji. Natomiast w Ameryce Łacińskiej wielu biskupów tak przesadnie uprzywilejowuje, pod każdym względem, żonatych diakonów, że przez to wszystkich możliwych kandydatów na księży praktycznie odciągają od kapłaństwa. Niemniej skandalicznie przedstawia się w wielu środowiskach sprawa małżeństwa, zwłaszcza od czasów mody na tzw. “paraliturgię”, gdyż rozpoczęły się zwyczajne Błogosławieństwa – i to w sposób bardzo uroczysty i w praktyce niczym nie różniący się od sakramentu małżeństwa (poza formułą sakramentalną, o czym ludzie nic nie wiedzą) – związków nielegalnych i nienormalnych, jakimi są konkubinaty, współżycie narzeczonych, związki rozwiedzionych itp., a to wszystko niby ze względów “duszpasterskich”. Nadto w Holandii, Belgii i Francji, w niektórych diecezjach zachęca się do uroczystego błogosławieństwa “małżeństw na próbę”: nie jest to ani Nova, ani Vetera. Kiedy pewien kapłan, zajmujący bardzo ważne i wysokie stanowisko w Santiago (Chile), w wywiadzie prasowym oświadcza, że należy zalecać młodym, aby nie brali ślubu kościelnego, poprzestając tylko na ślubie cywilnym, bo to zupełnie wystarczy, a ślub kościelny powinien być zarezerwowany tylko dla wyjątkowo pobożnych, i kiedy wzywa katolików, aby żądali od rządu wprowadzenia rozwodów, to nie jest ani Nova, ani Vetera. Sprawa tomizmu jest także typowa. Widać, że nie tylko Tradycja wymaga, aby tomizm był znany, ogólnie szanowany i uwzględniany zwłaszcza przy studiach teologicznych, lecz także domaga się tego i Sobór. Niestety, zaraz po Soborze, prawie wszędzie (poza Polską), odbywało się w tej sprawie odwrotnie, gdyż tomizm jest nie tylko porzucany, ale wyśmiewany i zwalczany, nadto uważa się go (i słusznie) za główną przeszkodę w zbliżeniu i we współpracy z marksistami. W ostatnich latach pojawiły się różne “nowe teologie” antytomistyczne, jak “teologia wyzwolenia”, “teologia gwałtu”, “teologia rewolucji”, “czarna teologia” itp., które chociaż są właściwie antyteologiami, znajdują się u podstaw wielu oficjalnych dokumentów episkopatów, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej. Stąd też i te dokumenty często mają postawę “ani Nova, ani Vetera”. To samo, niestety, trzeba powiedzieć o niektórych pracach dzisiejszych teologów, szczególniej takich najbardziej czytanych, jak Hans Kung, Herbert Haag i nawet Karol Rahner, gdy w miarę jak zrywają z tomizmem, zajmują w praktyce stanowisko “ani Nova, ani Vetera”.

Tylko Vetera

Na tym tle pojawiła się postawa czwarta: “tylko Vetera”, jako konsekwentna reakcja przeciwko procesowi zmian, rozciągniętemu na wszystko, także i na to co istotne, a więc przeciwko procesowi samoniszczenia. Przypomnijmy, że według socjologii, postawa “tylko Vetera”, to typowa postawa w każdym wypadku, gdy proces zmian jest przesadny i jako taki, grozi zniszczeniem wszystkich wartości kulturalnych. Obszernie studiuje to zjawisko znakomity socjolog Pitirim Sorokin nazywając go misonoizmem, czyli fanatycznym trzymaniem się pewnych starych zasad i obyczajów w obawie, że to co nowe i modne zniszczy całą kulturę. Gdyby stanowisko pierwsze, a więc pełne poszanowanie Nova et Vetera, było wszędzie dominujące, na pewno nie pojawiłoby się stanowisko czwarte: “tylko Vetera”, gdyż nie miało by uzasadnienia. Bowiem proces zmian ograniczony tylko do tego co akcydentalne, a pozostawiający nienaruszone to co istotne, nie mógłby wywołać reakcji. Ale skoro postawa Nova et Vetera prawie wszędzie poza Polską stała się wyjątkową i marginesową, ustępując miejsca postawie niszczycielskiej “ani Nova, ani Vetera”, spowodowała logiczne ukazanie się reakcji w formie postawy “tylko Vetera”. Trzeba jednak przypomnieć, że początkowo postawa “tylko Vetera” odnosi się wyłącznie do zmian samowolnych i nie upoważnionych przez Sobór i tylko wiele lat później, na skutek tego, że ten proces samoniszczenia Wiary stale powołuje się na Sobór, rozciągnęła się także i na naukę Soboru. Wystarczy szczery i rzetelny powrót do postawy Nova et Vetera, aby automatycznie zniknęła postawa “tylko Vetera”, co wymaga przede wszystkim powrotu do tomizmu i jego rozróżniania między tym co jest substancjalne (istotne) i tym co jest akcydentalne, oraz ograniczenie procesu zmian tylko do tego co jest akcydentalne.

(…)


Strona glowna “ksiazek skazanych na przemilczenie”

Jak Michnik bronił Polski przed Chamem i Ciemniakiem

Jak Michnik bronił Polski przed Chamem i Ciemniakiem Drukuj
Wpisał: Marcin Musiał
Zdaniem tzw. „yntelygencji różowego salonu” każda okazja jest dobra, by pisać na „nowo historię Polski”. Okazja akurat jest, bo jest 40. rocznica „Marca 68” i po serii łzawych tekstów, jak to „wstrętni Polacy wypędzali Żydów z Polski” mamy oto nowe spojrzenie na Marzec 68 jako ostatnia redutę obrony cywilizacji i kultury przed polskim ciemnogrodem.
31 stycznia br. „Gazeta Wyborcza” zamieściła tekst Adama Michnika pt. „Dziady z dynamitu”, w którym autor pisze, że w Marcu 68 „broniliśmy kultury, wolności i godności przed Chamem i Ciemniakiem. Bowiem Cham i Ciemniak ubrani w mundur ułański z ryngrafem na piersi, manipulując fobiami i emocjami sięgali po władzę nad Polską”. I dalej „…mieliśmy żyć bez Gombrowicza i Miłosza, bez Słonimskiego i Kołakowskiego, bez Jasienicy i Andrzejewskiego (…)”. „(…) 40 lat temu Polska demokratyczna przegrała z Polską dyktatury czarnosecinno – sowieckiej, zwyciężył duch endokomuny”.

1W swoim krótkim tekście Michnik świadomie, bo nie posądzam go aż o tak skrajną amnezję, dopuścił się kilku kłamstw. Dla młodych dziś ludzi przesłanie Michnika jest jasne, ale takie musi być jeśli nadal chce manipulować nimi. Manipulacją obliczoną na głupotę „politycznie poprawnych idiotów” jest pominięcie przez Michnika tego, co działo się w Polsce przed Marcem 68. Bo gdyby Michnik nie miał zamiaru manipulować, to nie pisałby, że „40 lat temu Polska demokratyczna przegrała….”. Ciekawe o jakiej to demokracji wspomina p.Michnik? Czy idzie mu o „demokrację stalinowską”, gdzie władzę sprawowali tacy mordercy jak Berman, Michnik Stefan, Wolińska, Morel, Brystygierowa? Michnik wyraził niczym nieskrępowaną tęsknotę za demokracją, którą „…przegraliśmy w Marcu 68”. Bo przecież Michnik nie napisze jaka była geneza Marca 68, że była to walka frakcyjna na najwyższych szczeblach aparatu partyjnego. Red. Michnik nie napisze, że „Puławianie” i „Natolińczycy” zgodnie zniewalali polskie społeczeństwo z nadania sowietów i że tak naprawdę obie te frakcje nie różniły się od siebie jeśli szło o cele.

A celem była władza, obie te frakcje mało interesował los społeczeństwa. Za to napisze o „Chamie i Ciemniaku” ubranym w „…ułański mundur z ryngrafem na piersi”… i liczy na to, że durnie, których w otoczeniu Michnika dostatek nie zadadzą sobie pytania – od kiedy to Moczar i jego „partyzanci” byli „klerykalnymi patriotami”? Ale wracając do kultury. Przecież premiera „Dziadów” miała miejsce w listopadzie 1967 roku i do lutego nic się podczas kolejnych występów nie działo. Wykorzystano spektakl do antysowieckich wystąpień i rzeczywiście doprowadzono do jego zamknięcia. Oczywiście poszły w Polskę informacje o interwencji ambasadora Aristowa w tej sprawie, ale dziś nikt poważny takiego argumentu nie podnosi, tym bardziej, że spektakl był prezentowany w ZSRR i doczekał się pozytywnych recenzji sowieckich krytyków na łamach „Literaturnoj Gaziety”. Natomiast nikt z otoczenia p.Michnika, ani on sam nie wspomina o hasłach wykrzykiwanych w czasie manifestacji podczas i po spektaklu. A wykrzykiwano wtedy hasła „Berman do biura, Zambrowski do władzy”. I jeszcze: „Precz z dyktaturą Ciemniaków”.

Byłem zaskoczony, gdy po wyjściu z aresztu na Montelupich w Krakowie otrzymałem kartę wcielenia do wojska i pojechałem do JW w Hrubieszowie, a tam spotkałem podobnych do mnie studentów z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy o tym mówili. Gdy wyraziłem zdziwienie promowaniem Bermana, bo przecież ma on ręce umoczone we krwi, otrzymałem cyniczną odpowiedź jednego ze studentów warszawskich – „Ale przecież nie naszej!”. Skąd ta odpowiedź? Ano stad, że w głowach tych ludzi nigdy nie pojawiła się myśl, że represjom poddani zostali także studenci nie Żydzi, którzy ponadto zostali zawieszeni w prawach studentów i wcieleni do tej studenckiej kompanii. I to jest charakterystyczne dla oceny tamtych czasów, rozdzieramy szaty nad wyjazdem z Polski kilkuset studentów pochodzenia żydowskiego, a nie wspominamy ani słowem ponad 4.000 represjonowanych wtedy studentów Polaków. Liczba studentów pochodzenia polskiego represjonowanych po Marcu 68 jest podana przez Jerzego Brochockiego w książce „Rewolta marcowa”.

W Krakowie, a także we Wrocławiu, Gdańsku i Poznaniu (ze studentami z tych ośrodków spotkałem się w wojsku, najpierw w Hrubieszowie a potem w Żaganiu) studenci nie Żydzi przystąpili do „rewolty” z powodów przede wszystkim patriotycznych i antysocjalistycznych. Przecież te treści, a także apel o zniesienie cenzury i Wolną Niepodległą Polskę zamieszczaliśmy na pisanych przez nas ulotkach. Te ulotki znajdują się w IPN, m.in. w moich teczkach, do których miałem dostęp. Nie jest winą społeczeństwa, że grupy komunistów spolaryzowały się i tak „trockiści i stalinowcy” głównie pochodzenia żydowskiego skupili się w grupie „Puławian”, a tzw. „partyzanci” i „krajowcy” w grupie „Chamów”, czyli „Natolińskiej” Kiedy doszło do starcia, ktoś musiał przegrać, przegrali „Żydzi”. Czy fakt, że przegrali i decydowali się na emigrację jest dowodem wprost na „polski antysemityzm?”. Możemy zadać sobie retoryczne pytanie – czy mielibyśmy krwawą rozprawę z Polakami, gdyby wygrali „stalinowcy i trockiści” z grupy „Puławian”?

My nie znaliśmy prawdziwych motywów jakimi kierowali się bywalcy „Klubu Krzywego Kola” czy uczestnicy spotkań „poszukiwaczy sprzeczności”. Dla nas „iskrą” było zamknięcie spektaklu „Dziadów”, bo to odebraliśmy jako atak na polską spuściznę literacką. Tak odbieramy dziś ataki na twórczość Sienkiewicza, Reymonta czy Prusa. A tu okazuje się, że Marzec 68 był walką o Gombrowicza i Miłosza, o Szymborskiej nie wspominając. A kto w tej „bronionej przez studentów” demokracji znał twórczość Miłosza? Tak jakby przed 68 rokiem Gombrowicz i Miłosz wyglądali z każdej witryny księgarskiej, a tu masz…. Michnik z „komandosami” na pierwszej linii frontu w obronie odbieranego mu Gombrowicza. Jest to kolejna manipulacja mająca sprowadzić Marzec 68 do walki o kulturę, wolność i godność polską, walki pomiędzy „siłami światła” a „chamskim ciemnogrodem”. Cały czas trwają działania mające ukazać stalinowskich funkcjonariuszy skupionych w grupie „Żydów” lub inaczej mówiąc „Puławian” jako jedynych sprawiedliwych, obrońców demokracji i swobód. Nagle „krwawi utrwalacze kultu Stalina” stali się ….bojownikami z „ kultem Stalina”. Trockiści stali się największymi patriotami. O jaką to demokrację stoczyć musiał bój z „ciemniakami ubranymi w ułański mundur z ryngrafem na piersi” Michnik i jego „komandosi”? Czy o tą tak przez nich mile wspominana „demokrację stalinowską”? Trudno się dziwić, bowiem do 1956 roku grupa komunistów stalinowskich była szczególnie uprzywilejowana.
Pisze o tym wszakże Henryk Grynberg, że „lata 1944–1956 były najlepszym okresem dla Żydów w Polsce”. Coś w tym jest, bowiem w czasie mojego pobytu w wojsku po Marcu często byłem świadkiem roztrząsania dylematu – „Wyjechać, czy zostać?”. Ale konkluzja była jedna – trzeba wyjechać, bo nie wiadomo co „ciemniaki” mogą wymyślić? A jak postawią rodziców przed sądem za lata 1944-56? Przecież w Polsce obalenie stalinizmu było bezkrwawe. Ale Michnik pisząc o „ułańskim mundurze z ryngrafem na piersi” zdaje sobie sprawę, że manipuluje, bowiem stawia Moczara i jego „partyzantów” po stronie katolików polskich, obraża przede wszystkim pamięć tych, których Moczar zamęczył w śledztwie, a przecież wie dobrze, że Moczar był takim samym wrogiem Kościoła i polskiej tradycji, jak sam Michnik i jego otoczenie.

Jak nazwać takie działanie Michnika? Przecież tu z każdego zdanie wyłania się zoologiczna nienawiść do wszystkiego co polskie, narodowe i katolickie. Nieważne, że Michnik pisze bzdury, jest wystarczająco dużo głupców, którzy będą to powielać. A o to przecież chodzi, obrzydzić Polskę w każdy możliwy sposób. Kościół Michnikowi potrzebny był, gdy w jego kruchcie mógł liczyć na pomoc, ale teraz nie. Kościół to wróg dla Michnika. Ani „Puławianie” czyli „Żydy” ani „Chamy”, czyli „Natolińczycy” nie walczyli o dobro Polski w Marcu 68, walczyli o władzę, o prawo do gaszenia papierosa na głowie Spychalskiego przez przedstawiciela „Pulawian”. Więc może mniej manipulacji nad Marcem 68 a więcej rzeczywistej prawdy.

I na koniec pozwolę sobie przytoczyć kilka słów autora książki „Matrix, czy prawda selektywna”, Tomasza Strzyżewskiego. W swojej książce wspomina wrogie nastawienie do emigrantów z Polski, tzw. emigracji postaparatczykowskiej – tej emigracji, która opuściła Polskę po marcu 68. Z uwagi na fakt, iż p.Strzyżewski przebił się z publikacją „Czarnej księgi cenzury PRL”, był przez tą emigrację postaparatczykowską zwalczany. A kto w Szwecji jest tą marcową emigracją? Między innymi Stefan Michnik, morderca sądowy. I dziwić musi wypowiedź prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego o bezwarunkowym przywracaniu obywatelstwa tym emigrantom, gdy tymczasem Polacy z Kazachstanu napotykają na coraz to większe bariery uniemożliwiające im powrót do Polski. Czy rzeczywiście Polska tęskni za trockistami i stalinowcami?

Bo tylko durnie mogą uwierzyć, że nawróceni trockiści rzeczywiście chcą dobrze dla Polski i Polaków. Tak to na naszych oczach umiejętnie trockiści przerzucili winę za stalinizm na „Natolińczyków”, a co gorsza, pomogli im w tym „yntelektualiści salonowi”, za możliwość publikacji na Zachodzie tekstu w jakimś lewackim szmatławcu. Jak długo będziemy liczyć się z terrorem intelektualnym autentycznych trockistów i stalinowców, biorąc ich winy na siebie?

Ireneusz T. Lisiak

Krucjata ludowa, czyli stereotyp antykrzyżowy

Kamil Eckhardt: Krucjata ludowa, czyli stereotyp antykrzyżowy Drukuj
Wpisał: Adam Wielomski
Krucjata ludowa, poprzedzająca właściwą, pierwszą wyprawę krzyżową, jest najczęściej przytaczanym przykładem na brutalność i bezsens idei krucjatowej. Przeciwnicy krucjat, zarówno antykościelni jak i ci w łonie samego Kościoła, chętnie odnoszą się do tego wydarzenia przywołując zbrodnie, antysemityzm, dzikość i wypaczenie słowa Bożego, jakie towarzyszyły tzw. Krucjacie ludowej.
Należy jednak zdecydowanie rozróżnić między głównym ruchem krucjatowym a wyprawą ludową i wykazać dlaczego niezorganizowany, chaotyczny marsz tłumów ku Jerozolimie ma niewiele wspólnego z ideą krucjaty głoszoną przez papieża Urbana II.

Nie będę w tym miejscu opisywał pojęcia krucjaty, definicji, przyczyn czy też przebiegu właściwej pielgrzymki zbrojnej do Jerozolimy. Zajmując się wyłącznie wyprawą ludową należy jednak na wstępie przytoczyć kilka faktów natury ogólnej.

Pierwsza Krucjata ma swój oficjalny początek na synodzie w Clermont dnia 27 listopada 1095 roku. Papież wyznaczył termin wyruszenia wyprawy na 1096 rok. Na apel Urbana II odpowiedziała tłumnie owernijska szlachta, jednak by zyskać większe zainteresowanie dla swojej inicjatywy papież musiał zaprezentować pomysł szerszej ,,publiczności”. Tuż po zakończeniu synodu podjął, podróż po Francji.

Cele papieża i sposób ich realizacji. Podróżując po Anders, Le Mans, Limognes i innych ważnych francuskich miejscowościach Urban II propagował nie tylko ideę krucjaty, ale upowszechniał również reformę kościoła oraz konsekrował nowe ołtarze i kościoły. Papież wysłał również listy promujące krucjatę do możnych z Flandrii, Genui, Normandii, do ziem Normanów włoskich i w wiele innych miejsc. W swych listach wzywał głównie do odzyskania Jerozolimy oraz uratowania chrześcijan zamieszkujących ziemie podbite przez arabów. Widać, zatem po raz kolejny, że to Jerozolima a nie Konstantynopol była głównym miejscem papieskiego planu.

Papieża wspierali w jego wysiłkach biskupi, opaci i wyznaczeni do tego zadania księżą. Niestety nie można było zapanować nad wszystkimi i nie uniknięto sytuacji, w której pojawili się kaznodzieje ludowi. Papież i wyższe duchowieństwo zwracali się ze swą prośba do książąt, szlachty i rycerstwa, ponieważ chcieli by na wyprawę udała się zorganizowana, wykwalifikowana grupa zbrojnych, posiadających własny ekwipunek, konie i poczty. Krucjata miała być sprawnym przedsięwzięciem elit a nie chaotycznym marszem wszystkich grup społecznych.

Quasi krucjatowe „powszechne ruszenie” – krucjata ludowa.

I. Kaznodzieje, ich rola i metody w szerzeniu idei krucjaty. Wśród chłopstwa, biedoty miejskiej, we wsiach i miastach a nie w rycerskich posiadłościach i zamkach działali głównie kaznodzieje ludowi. Swymi płomiennymi kazaniami, wieszczącymi rychły koniec świata i potrzebę powszechnego wyruszenia do Jerozolimy, porywali do działania wszelkie niższe warstwy społeczne. W wystąpieniach kaznodziejów pojawiały się także elementy antyżydowskie oraz krytyka bogatych. Wśród ludowych głosicieli krucjaty prym wiódł Piotr z Amiens zwany Eremitą bądź Pustelnikiem, który już w przeszłości odbył pielgrzymkę do Jerozolimy i teraz korzystając z doświadczenia wzywał ludzi do wyruszenia. Piotr i jemu podobni zwracali się do chłopów i biedoty, używając wypróbowanych w takich przypadkach argumentów, mówili, iż bliski koniec świata zwiastują różne znaki na niebie i ziemi takie jak zaćmienie Księżyca, niespotykana w danym rejonie susza, deszcze meteorytów czy też liczne zarazy. Twierdzili, że należy odkupić swoje grzechy zanim koniec nastąpi. Te chwytliwe hasła bardzo mocno oddziaływały na prostych ludzi i grupy ludności zaczęły się formować przy boku Piotra Eremity oraz innych kaznodziejów. Ludzie wyruszali porzucając cały dobytek, nie dbając o zabranie broni czy nawet wyżywienia. Ubodzy ludzie podkuli swe woły jak konie, zaprzęgli je do wózków, załadowali je swymi ubogimi zapasami i posadzili na nie swoje małe dzieci. A gdziekolwiek dzieci ujrzały w dali warowny gród, dopytywały się natarczywie, czy to już jest Jeruzalem . Grupy z różnych rejonów Francji i Niemiec połączyły się pod wodzą Piotra oraz ubogiego rycerza zwanego Walterem Bez Mienia. Inne grupy biedoty i chłopstwa oddały się pod dowództwo trzech zdeprawowanych rycerzy z Niemiec Gotschalka, Volkmara i Emicha. Te spontanicznie zebrane hordy wyruszyły na wschód przed terminem jaki wyznaczył papież, a także bez jego zgody i wbrew papieskim zakazom. Dowodzone przez samozwańczych przywódców i będące pod szkodliwym wpływem ludowych kaznodziejów, ,,oddziały” niesfornej ludności zaczęły od razu rabować żywność w okolicznych wioskach oraz wszczynać antyżydowskie ekscesy. Motłoch, chcący zemścić się na żydach za to, iż zamordowali Chrystusa począł atakować Izraelitów.

II. Inne motywacje mieli drobni rycerze, którzy podjudzali lud do tych zbrodni, chcieli oni bowiem pozbyć się żydów po to aby nie spłacać zaciągniętych u nich długów. Do największych i najbardziej brutalnych ataków na żydów doszło w Moguncji, Kolonii, Trewirze, Spirze i Wormacji. Te haniebne wydarzenia są jednak często wykorzystywane przez krytyków krucjat i Kościoła, do szerzenia kolejnego mitu, mówiącego o tym, że Kościół wykorzystał instytucję krucjaty do walki przeciwko wyznawcom judaiz. Często twierdzi się, iż ekscesy antyżydowskie podczas pierwszej krucjaty były wręcz inicjowane przez Kościół. Takie twierdzenie nie odpowiada faktom, ponieważ w wymienionych wyżej miastach żydzi chronili się najczęściej w domach duchownych, w majątkach kościelnych a także w pałacach biskupich. Biskupi wzywali do zaprzestania ataków na żydów i grozili ekskomuniką uczestnikom tych wydarzeń. W Moguncji tłum wtargnął nawet do pałacu biskupiego, ponieważ biskup Moguncji dał w swojej siedzibie schronienie dużej liczbie żydów . W innych miejscach motłoch razem z żydami zabijał również broniących ich duchownych, plądrował także majątki rycerstwa. W końcu jednak po interwencji cesarza Henryka IV oraz kilku ważniejszych rycerzy (w tym Gotfryda de Bouillon ) stłumiono rozruchy i spacyfikowano rozgorączkowane tłumy biedoty. Nasyciwszy się zabijaniem część ludzi uznała, że wypełniła już swój krucjatowy obowiązek i rozeszła się do domów, reszta przyłączyła się do największej grupy ludowej prowadzonej przez Piotra oraz do mniejszych grup Emicha i Gotszalka. Oddziały niemieckich rycerzy zostały rozproszone jeszcze zanim dotarły na Węgry lub już po wkroczeniu na ich teren. Reszta rycerzy zdezerterowała, powracając w niesławie do domów. Inaczej potoczyły się losy grupy Piotra i Waltera Bez Mienia. Ich szlak wiódł również przez Węgry, gdzie jednak doszło do kolejnych gorszących wydarzeń. Masy chłopów i biedoty, nad którymi nie umiał zapanować ani Piotr ani nawet rycerz Walter, rabowały wioski, niszczyły pola, co wkrótce doprowadziło do starć z miejscową ludnością. Zdobyto i zrównano z ziemią twierdzę Zesun, splądrowano wszystkie okoliczne spichrze, przepędzono cesarskiego namiestnika z granicznej miasta Nisz, które również złupiono. Następnie watahy przetoczyły się przez opuszczony przez przestraszonych mieszkańców Belgrad, gdzie również dopuściły się straszliwych grabieży, podpalając część miasta. Ludzie, którzy wyruszyli z Piotrem, w pośpiechu i bezmyślności, nie zabrali zapasów, ponieważ liczyli, że bogaci się nimi zaopiekują. Konsekwencje były oczywiste – po drodze rabowali żywność, by nie umrzeć z głodu. Podążające do Konstantynopola grupy były eskortowane i z daleka obserwowane przez oddziały najemników bizantyjskich, które w większości składały się z Pieczyngów i Połowców. To wzmagało jeszcze bardziej furię ,,pielgrzymów” ponieważ było dla nich nie do przyjęcia, by chrześcijański cesarz, który walczył z Turkami sprzymierzał się z muzułmańskimi albo pogańskimi Pieczyngami. Rozwścieczone, plądrujące i głodne tłumy zostały uspokojone dopiero przez wojska bizantyjskie, tracąc łącznie znaczną część ludzi we wszystkich bataliach, jakie stoczyły od wyruszenia z Europy Zachodniej. Pod silną eskortą wojsk cesarskich krucjata ludowa dotarła do Konstantynopola.

Cesarz Aleksy spodziewał się raczej regularnego wojska niż tłumu źle wyposażonych, pozbawionych dowództwa oberwańców, dlatego też powstał problem, co zrobić z ludźmi przyprowadzonymi przez Piotra. Aleksy polecił Piotrowi czekać na oddziały zbrojnych, które już formowały się w Europie i rozkazał rozlokować ludzi na obrzeżach miasta. Na przedmieściach grupy ludności znowu zaczęły grabić i niszczyć, kradnąc nawet ołów z dachów domów, dlatego też cesarz, nie mogąc tolerować takich wybryków polecił przeprawić całą ,,armię” na drugą stronę Bosforu . Europejczycy potraktowali to potem jako zdradę i wydanie krucjaty ludowej Turkom. Trudno się jednak dziwić Aleksemu, że nie chciał żywić i nieustannie pilnować bezładnych watach ludowych.

Oddziały Piotra i Waltera, przeprawiwszy się przez cieśninę wykorzystały zaskoczenie i zdobyły twierdzę Kserigordon, a także złupiły przedmieścia tureckiej Nikei. Turcy przegrupowali się jednak szybko i w masowym kontrataku zmasakrowali słabo uzbrojone oddziały krucjaty ludowej . Cesarz wysłał eskortę dla tych, nielicznych, którzy przeżyli (wśród nich był Piotr Eremita) i zakwaterował ich ponownie na przedmieściach. Pozostałe oddziały ludowe, które sformowały się później nie doszły nawet do granic Bizancjum. Zostały całkowicie rozgromione na Węgrzech przez przygotowanego tym razem króla Kolomana Korwina. W ten oto sposób zakończyła się w całkowitej niesławie krucjata ludowa.

Krytycy krucjat, jako najbardziej jaskrawy przykład mający potwierdzić bezsens i zło idei krucjatowej, przywołują właśnie krucjatę ludową. Patrząc na tamte czasy z perspektywy praw człowieka, demokracji i innych współczesnych pojęć, podkreślają wielką brutalność, agresywność i antyżydowskość ludowej wyprawy, utożsamiając krucjatę ludową z istotną ideą krucjaty, ukazując w negatywnym świetle cały historyczny proces zainicjowanych przez Kościół wypraw krzyżowych. Prawdą jest oczywiście, że ludowa krucjata była złem, podczas niej dopuszczono się straszliwych okrucieństw a jej przywódcy nie potrafili opanować rozentuzjazmowanego religijnie a zarazem rozwścieczonego tłumu. Był to jednak ruch wyłącznie ludowy, w którym udział wziął motłoch, pozbawiony hierarchii i autorytetów zdolnych go pozytywnie ukierunkować. Tak jak za każdym razem w historii, działania podjęte przez sfanatyzowany motłoch zakończyły się tragicznie, powodując łańcuch nieszczęść i zbrodni. Jednakże przeciwnicy krucjat, zazwyczaj przychylni wszelkim egalitarnym, podejmowanym przez gloryfikowany lud ruchom , tym razem próbują wykorzystać to najbardziej spontaniczne w całej historii wydarzenie, w tym celu by zdyskredytować ideę krucjat. Przenoszenie zbrodni krucjaty ludowej na pozostałe wyprawy krzyżowe jest jednak sporym nieporozumieniem i zafałszowaniem faktów. Po pierwsze ludzie ci nawet nie wiedzieli gdzie dokładnie idą, po drugie byli całkowicie niezorganizowani, ich marsz nie był, jakbyśmy to w dzisiejszych czasach powiedzieli, przygotowany zgodnie z zasadami logistyki, po trzecie podróżowali głodni i po części głód powodował zbrodnie, których się dopuścili. Wreszcie po czwarte, i najważniejsze, krucjata ludowa nie była aprobowana przez papieża.

Papież skierował swój apel głównie do rycerstwa, chcąc uniknąć właśnie ekscesów i błędów popełnionych przez uczestników krucjaty ludowej, a które jej przywódcy mogli przewidzieć. Wyznaczył także konkretny termin wyruszenia i zaapelował, by wcześniej nie podejmować żadnych wypraw. Urban II chciał dobrze przygotować krucjatę, wyznaczyć dla niej przywódców, zarówno duchowych jak i militarnych (świeckich). Krucjata ludowa miała natomiast wodzów samozwańczych, pochodzących z gminu bądź drobnego rycerstwa, w dodatku wodzowie ci nie byli w jakikolwiek sposób zaaprobowani przez papieża. Można, zatem stwierdzić, że krucjata ludowa była skutkiem ubocznym apelu clermonckiego, nie była jednak ruchem, na podstawie, którego można oceniać cele i sens powstania krucjatowej idei.

Kamil Eckardt

Gdańsk wzięty Głodziem

Maciej Eckardt: Gdańsk wzięty Głodziem Drukuj
Wpisał: Marcin Musiał
Od początku kwietnia „Gazeta Wyborcza” pieje o kataklizmie, który nadciąga nad Gdańsk. Kataklizmowi na imię Sławoj Leszek Głódź. Nadciągający “kataklizm” spowodował zaniepokojenie w zastygłym światku wzajemnej adoracji gdańskiej diecezji, wykrochmalonej wzajemnymi „ochami” i “achami” celebrities.

Zbliżający się „kataklizm”, jak się okazało, jest radiomaryjny i ludowy, a na dodatek nie uzgodniony z kim trzeba. Ba, jest znacznie gorzej niż sądzono – „kataklizm” już spodobał się księdzu Jankowskiemu, który – jak powszechnie wiadomo – jest kataklizmem samym w sobie, a to oznacza, że nawała może się z tego zrobić nielicha.

Na ratunek pospieszył oczywiście sam Lech Wałęsa, ceniony gdańszczanin, patron miejscowego lotniska, który niczym z rewolweru wypalił, że jeśli metropolitą zostanie abp Głódź, będzie to nieszczęście dla tej diecezji, bo pod względem charakterologicznym zupełnie nie pasuje do tej diecezji. Byłoby to dla nas nieszczęście, pokaranie – dodał. Wprawdzie Wałęsa nie rozwinął wątku, na czym owo nieszczęście miałoby polegać, ale czytając prasę postępową, której cenną błyskotką ostatnimi czasy stał się dawny prezydent, owym nieszczęściem jest fakt, że Sławoj Leszek Głódź w Episkopacie Polski należy do grona eurosceptyków, wielokrotnie występował jako obrońca i zwolennik stylu reprezentowanego przez Radio Maryja. Jednym słowem, „obciach” jak cholera.

Z akcją uświadamiającą pospieszył znany jeździec firmowy „Polityki”, primo voto „Tygodnik Powszechny” Adam Szostkiewicz, który o polskim Kościele wie wszystko, pisząc na swoim blogu w te oto słowa: Głódź jest – prócz abp. Michalika – najwyżej postawionym hierarchą wyraźnie życzliwym “Partii Radia Maryja”. Ks. Jankowski podobno już odzyskał animusz. Zamiana Gocłowskiego na Głodzia to byłoby kolejne potwierdzenie, że trzy lata po śmierci Jana Pawła II Kościół hierarchiczny w Polsce odchodzi od Wojtyły w stronę Rydzyka. A jeśli kardynał Dziwisz poparł Głodzia, to oznacza to, że tak zwany Kościół łagiewnicki jako lepsza alterantywa względem “Kościoła toruńskiego” to klisze pozbawione dziś wszelkiej treści. W sumie to znów złe wieści dla tego odłamu polskich katolików, którzy odnajdują się w ideach soboru streszczonych w haśle Kościoła i katolicyzmu otwartego.

Tak oto, zupełnie przy okazji, dowiedzieliśmy się, że słynny podział polskiego Kościoła na „toruński” i „łagiewnicki”, wysmażony pod auspicjami “Tygodnika Powszechnego” w celu szczucia na siebie polskich biskupów, okazał się naciąganą fantasmagorią, bo skoro pod ramię zgodnym krokiem idą purpuraci Głódź i Dziwisz, to o jakim podziale wśród hierarchów my mówimy? Bo skoro nagle okazało się, że „Kościół łagiewnicki”, obiekt westchnień wyfraczonych intelektualnie katolików, to ledwie klisza pozbawiona wszelkiej treści, to nieuchronnie mamy do czynienia z sytuacją paradoksalną, by nie rzec schizofreniczną, nad którą powinny pochylić się w tempie ekspresowym wszelkie rodzime loże i salony, wsparte siłą rozumu „Tygodnika Powszechnego”, który jak wiadomo „łagiewnicki” jest na wskroś. No bo coś z tym fantem teraz zrobić trzeba.

W tak zwanym międzyczasie cały postępowy laikat miast i wsi diecezji gdańskiej podpuszczony przez „Wyborczą” przez kilka dni szykował stosowny list do Watykanu z sugestią, co by im Głodzia nie przysyłać, bo – w środowiskach intelektualnych powszechna jest opinia, że arcybiskup Głódź to zła kandydatura. Oczywiście odwagi “laikatowi” starczyło jedynie na anonimowe kłapanie do „Wyborczej”, która bez zbędnych ceregieli wywaliła, co myśli o sprawie, pisząc w podtytule piórem Katarzyny Wiśniewskiej – “Abp Sławoj Leszek Głódź na Gdańsk? To znak, że Episkopat stawia na Kościół o rysach o. Rydzyka i ks. Jankowskiego. Szkoda”. Ano szkoda, wzdycha dzisiaj za “Wyborczą” cały „Kościół łagiewnicki”.

Oczywiście cała sprawa nie nabrałaby stosownej wagi, gdyby głosu nie zabrał Matuzalem i zarazem guru postępowego katolicyzmu Jan Turnau z „Gazety Wyborczej”. Zniesmaczony faktem, że Episkopat śmiał wydać oświadczenie wskazujące, że w naszym kraju pojawiają się próby podważania usankcjonowanej od lat praktyki wyboru biskupów diecezjalnych przez naciski, także za pomocą środków społecznego przekazu, włączając w to również media publiczne, dał do zrozumienia, że nie mieści się to w wizji Kościoła otwartego, w którym główną rolę powinien odgrywać laikat. Wyłuszczył to w odredakcyjnym komentarzu, zawodząc: Wciąż okazuje się, że jestem naiwny. Wydawało mi się, że w sprawie swojego przyszłego biskupa laikat ma coś do gadania. Nie świeccy wybierają go sobie dzisiaj, jak to gdzieniegdzie bywało kiedyś, ale mogą służyć radą Stolicy Apostolskiej.

Ano Stolica Apostolska różnego gadania wysłuchała, donosów się naczytała, sprawę omówiła i decyzję podjęła. Jaka to decyzja, tego jeszcze nie wiemy, ale sądząc po reakcji wiadomych mediów, “Kościół łagiewnicki” może znaleźć się w odwrocie, jako nazbyt sekciarski ruch katolików postępowych, roszczący sobie prawo do meblowania polskiego Kościoła, napominania i wskazywania z punktu widzenia swojej ortodoksji właściwych hierarchów, godnych udźwignięcia dorobku Jana Pawła II, którego myśl podlegać powinna jedynie egzegezie „łagiewnickiej”. Widać Watykan tak daleko posuniętego ekskluzywizmu nie podzielił i zrobił swoje. Pytanie tylko, co? W odróżnieniu od katolików „łagiewnickich”, katolicy zwyczajni czekają na tę decyzję w spokoju w myśl zasady – Roma locuta, causa finta.

Aliści przy okazji ”Wyborcza” narobiła niezłej “siary” odchodzącemu, sympatycznemu skądinąd arcybiskupowi Gocłowskiemu, trąbiąc na całą Polskę, że ten nie radził sobie z finansami diecezji, bo jak inaczej zinterpretować taki oto pasus z organu Michnika – „od kilku dni proboszczowie archidiecezji gdańskiej przyjeżdżają do kasy kurii w Oliwie i wpłacają zaległe podatki kościelne – jak mówią, by nie dać pretekstu do usunięcia z parafii. – A zaległości są ogromne, z kilku lat – dodają rozmówcy “Gazety”. – Ściągalność podatków kościelnych w archidiecezji była na poziomie 20 proc. Miesięcznie kuria powinna dostawać od proboszczów blisko milion złotych, a dostawała dwieście tysięcy”. Tak oto „Gazeta Wyborcza” zakapowała swojego z takim pietyzmem wyhołubionego arcybiskupa, mimowolnie wskazując, że decyzja o jego ”planowym” odejściu może mieć zgoła inny podtekst.

Tak czy inaczej, Watykan zrobił swoje, nie zważając na „międlenie” i przewracanie oczami „łagiewnickich”, a to dobra wiadomość. Dobrze też, że Episkopat wskazał swoim oświadczeniem, czym w Kościele jest posłuszeństwo papieżowi i jego decyzjom. Pokazał też, że mówi jednym głosem, ani „toruńskim”, ani „łagiewnickim”. Mówi jasno, prosto i czytelnie, otaczając swoją życzliwością także „łagiewnickich”, dając im przy okazji celnego pstryka w zadufany nos, na co ze wszech miar zasłużyli.

Maciej Eckardt
http://www.eckardt.pl/

Chrześcijanin wobec współczesnych wyzwań

Ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus

Na podejmowany w niniejszym wystąpieniu temat powstają obecnie liczne, często bardzo obszerne opracowania, które ujmują problem miejsca współczesnego chrześcijanina w niewiarygodnie dziś zróżnicowanym świecie, i czynią to z różnych punktów widzenia. Celem tego referatu jest zasygnalizowanie i zaledwie dotknięcie niezwykle złożonej od strony ideowej sytuacji, w jakiej znalazło się chrześcijaństwo w wielu krajach wyrosłych z jego kultury.

Jestem przekonany, że to przede wszystkim myśl, idea jest czynnikiem decydującym o losach społeczeństw, narodów i całego świata. Zawsze na początku jest jakaś myśl, dopiero potem przychodzą słowa i czyny, dobre i złe.
Wszelkie kryzysy zaczynają się także zawsze od kryzysu świadomościowego, ideowego i moralnego. Dlatego w swoim wystąpieniu chciałbym się skoncentrować właśnie na ideach, na ideologiach, filozofiach oraz na nauce – odpowiedzialnych, moim zdaniem, za kształt współczesnego świata; odpowiedzialnych zarówno za to, co w nim dobre, jak i za to, co złe.
W apostolskiej adhortacji “Pastores dabo vobis” Ojciec Święty Jan Paweł II ukazał obraz sytuacji ideowej, w jakiej znalazły się obecnie chrześcijańskie narody. Wskazał zarówno na jasne, jak i na ciemne barwy obrazu współczesnego świata, w którym żyje współczesny chrześcijanin.
Wskazał więc na takie negatywne ideowe zjawiska, jak: rozprzestrzeniający się gwałtownie egoistyczny hiperindywidualizm, hedonizm, konsumpcjonizm, relatywizm moralny, sekularyzm, skrajny racjonalizm, praktyczny i egzystencjalny ateizm, zjawisko coraz szybszego zacierania się chrześcijańskiego charakteru społeczeństw niegdyś chrześcijańskich, rozpad rodziny, anarchia seksualna, ignorancja religijna katolików, źle rozumiany pluralizm teologiczny, wybiórcza postawa wielu chrześcijan w stosunku do prawd wiary i zasad moralnych spowodowana nadmierną subiektywizacją wiary, oraz – jak to Papież określa – częściowa i warunkowa przynależność do Kościoła.
Pomimo tego wszystkiego, pomimo chaosu moralnego i wielkiego zamieszania w ludzkich umysłach, jakie obserwujemy w naszych czasach, stwierdza Ojciec Święty, dostrzegamy także w życiu społeczeństw elementy pozytywne, do których w pierwszym rzędzie zaliczyć należy:
- silniejsze niż kiedyś pragnienie sprawiedliwości i pokoju dla wszystkich ludzi;
- większą wrażliwość współczesnego człowieka na nieszczęścia, które dotykają bliźnich, nawet całkowicie nieznanych, nawet tych zamieszkałych w odległych krajach, ale przeżywających wojny, głód, epidemie i inne losowe nieszczęścia;
- coraz żywszą i coraz powszechniejszą troskę człowieka o dzieło stworzenia i o poszanowanie przyrody;
- usilne poszukiwania sposobów ochrony godności człowieka i jego niezbywalnych praw;
- obserwowane, żywsze niż kiedykolwiek, zaangażowanie się ludzi w wielu częściach świata na rzecz konkretnej, międzynarodowej solidarności i nowego porządku na ziemi – w wolności i sprawiedliwości.
Powszechniej i częściej, niż było to w minionych dziesięcioleciach, zdominowanych przez czysto pozytywistycznie rozumianą i uprawianą naukę i technologię – stawiane są jednak przed uczonymi, podejmującymi badania naukowe, które mogą zaważyć na losach ludzkości, pytania z dziedziny etyki, pytania o sens i o granice tych badań.
Mimo istniejących jeszcze, a narosłych przez wieki mitów i uprzedzeń, skierowanych przeciwko wszelkiej transcendencji, przeciwko wszelkiej religii i przeciwko wartościom duchowym wzrasta, zdaniem Ojca Świętego, zainteresowanie religią i nadnaturalnym wymiarem rzeczywistości, między innymi z uwagi na rozczarowanie, jakie, wbrew wielkim nadziejom wiązanym z rozwojem nauki i technologii, przyniosły one współczesnemu człowiekowi.
Ten ostatni problem wydaje się wart dokładniejszego rozważenia.

Między nauką a techniką
Bardzo optymistyczna wizja nauki, którą w XIX wieku, a także w pierwszej połowie XX wieku, uważano, pod wpływem nurtów scjentystycznych i pozytywistycznych, za panaceum na wszelkie nieszczęścia i problemy ludzkości, która to nauka miała zastąpić – jak chciał August Comte i jego następcy – religię, która miała wyzwolić człowieka z wszelkich lęków i zagrożeń oraz przynieść mu powszechny dobrobyt i szczęście – ta wizja się niestety nie sprawdziła. Oprócz wspaniałych osiągnięć i wynalazków, które uczyniły życie milionów ludzi łatwiejszym i przyjemniejszym, nauka i technologia nie odsunęły od ludzkości najgroźniejszych nieszczęść, co więcej, przyniosły jej, zwłaszcza w XX wieku, nowe tragedie i zagrożenia.
Początek nowego tysiąclecia skłania szczególnie do refleksji na ten temat. W roku 1900 Max Planck stworzył podstawy teorii kwantów i w tym samym roku dokonano ponownego odkrycia praw Mendla (Erich Tschermak, Hugo de Vries i Carl E. Correns). Wymieniamy te właśnie odkrycia z uwagi na ich symboliczny charakter. Dokonano ich bowiem w obszarze fizyki oraz biologii, a więc w tych dyscyplinach, których wyjątkowe znaczenie dla współczesnego człowieka jest poza dyskusją i które w dużej mierze sprawiły, że relacje między nauką, techniką i gospodarką, a także między nauką a społeczeństwem, uległy zasadniczej zmianie w stosunku do wieków minionych. O ile bowiem w wiekach minionych, poczynając od wieku XVI, nowe odkrycia naukowe powodowały coraz to większy rozwój techniki, będąc po prostu motorem tego rozwoju, o tyle w XX wieku nauka i technika zaczęły wpływać na siebie w charakterze dodatniego sprzężenia zwrotnego. Stąd gwałtowny rozwój tych obydwu dziedzin. Odkrycie promieniotwórczości, teoria kwantów, a zwłaszcza teoria względności dały możliwość budowy cyklotronów i kontrolowanych reakcji nuklearnych, a równolegle powstanie energetyki jądrowej i arsenałów broni atomowej.
Pierwszy komputer zademonstrowano w 1945 r., a po dwóch latach William Shockley wynalazł tranzystor. Pod koniec XX wieku świat stał się już komputerowo-informatycznym układem, bez którego nie mogą ani istnieć, ani też rozwijać się całe gałęzie współczesnej nauki, ale także bankowość, komunikacja lotnicza i trudna do wyliczenia ilość innych dziedzin życia współczesnego człowieka. Na wielkość uzależnienia naszego życia od informatyki niech wskaże chociażby ten fakt, że liczba komputerów osobistych podwaja się obecnie na świecie co 18 miesięcy. Nie ma żadnej przesady w mówieniu o świecie jako o “wiosce globalnej”. Stworzyły ją telefonia komórkowa, rozwój komunikacji, a szczególnie powszechny dostęp do internetu.
Podobnie jak w naukach fizykalnych, również w naukach biologicznych dokonano niewiarygodnego wprost postępu. Dopiero w 1953 roku poznano strukturę przestrzenną DNA (James Watson, Francis Crick), a już w latach 60. odkryto enzymy restrykcyjne, które pozwalają ciąć i kleić kwasy nukleinowe. Odkrycia te spowodowały trudne wprost do określenia możliwości wpływania na organizmy żywe w zakresie genetyki. Otworzyły przed przemysłem, rolnictwem, leśnictwem i gospodarką rybną szansę niewiarygodnie wielkiego rozwoju. Warto wspomnieć, że obecnie w Stanach Zjednoczonych obszar upraw zajęty pod rośliny zmieniane genetycznie jest tak wielki jak obszar całej Polski. Osiągnięcia w zakresie genetyki zaczęto tu bowiem wykorzystywać do celów czysto praktycznych, a samą genetykę uznano za jądro strategii ekonomicznej krajów rozwiniętych oraz wielkich korporacji przemysłowych.
Nauka i technologia, tak dynamicznie rozwijające się w naszym wieku, przyniosły wiele dobrego ludzkości. Wbrew teorii Malthusa, który przy końcu XVIII wieku straszył ludzkość (liczącą wówczas niecałe pół miliarda osób), że wkrótce zginie z głodu wskutek przeludnienia, nauka i technologia sprawiły, że mimo wzrostu ludności do ponad 6 miliardów i mimo zaniechania w niektórych krajach uprawy niemałych obszarów ziemi ornej, obecnie ciągle utrzymuje się na świecie nadprodukcja żywności. Oczywiście przez cały ten czas utrzymują się jednocześnie strefy głodu, ale wyłącznie z powodu problemów z jej rozdziałem.
Nauka i technologia spowodowały także szybką i globalną poprawę jakości życia współczesnych ludzi, szczególnie w drugiej połowie XX wieku. W latach 1960-1994 długość życia na świecie wzrosła o 10 lat (z 39,9 do 49,9). W tym samym czasie śmiertelność noworodków obniżyła się o ponad 40 proc., zaś produkt krajowy brutto przypadający na głowę mieszkańca Ziemi wzrósł z 990 dolarów USA do 1377 dolarów.
Technologiczny i naukowy postęp przebiegał we wcześniejszych czasach bardzo powoli, wprost niedostrzegalnie. Trzeba było bardzo dużo czasu, aby najdonioślejsze nawet wynalazki znalazły powszechne zastosowanie w praktyce i aby zostały zaakceptowane przez świadomość społeczną. Dlatego świat jawił się ludziom jako niezmienny, statyczny. Wszystko w nim miało swoje ściśle określone miejsce, zdawać by się mogło, odwieczne miejsce; w tym także Kościół, chrześcijańska wiara i moralność. Znakiem nowych czasów są natomiast rewolucyjne, przełomowe zmiany, następujące wprost błyskawicznie, w nauce i w innych dziedzinach życia.
O dynamice dokonującego się w postępie geometrycznym rozwoju nauki i technologii niech zaświadczą następujące dane. Na dziesięciu uczonych z zakresu przyrodoznawstwa, którzy kiedykolwiek żyli od początku znanych nam cywilizacji, dziewięciu żyje i pracuje obecnie. W samych tylko Stanach Zjednoczonych liczba prowadzących badania naukowe przyrodoznawców podwaja się mniej więcej co trzynaście lat. Oblicza się, że na świecie co minuta odkrywana jest nowa formuła chemiczna. Co trzy minuty nowy fizykalny związek. Co pięć minut nowe ustalenie w zakresie medycyny. Przewiduje się, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat zostanie wydrukowane więcej książek i innych tekstów niż w latach między wynalezieniem druku (ok. 1440) a dniem dzisiejszym. Można obliczyć, że w związku z tym nasze biblioteki o charakterze uniwersyteckim będą rosły co rok w tempie 1,5 kilometra regałów z nowymi książkami. W ciągu nadchodzących piętnastu lat wykonane zostaną prace badawcze o objętości równej pracom badawczym wykonanym w ciągu ostatnich prawie 2,5 tysiąca lat, poczynając od Demokryta i Arystotelesa, a na współczesności kończąc.
Toczy się na ludzkość lawina wiedzy o niewyobrażalnych rozmiarach. Rodzą się w konsekwencji pytania: Co ona przyniesie? Co zmieni? Na co się musimy przygotować?
Te wszystkie zmiany, ten dynamiczny rozwój naukowy i technologiczny, wyrzucają z ludzkiej świadomości statyczny obraz rzeczywistości ze stałym w niej miejscem Kościoła, powodując jednocześnie głębokie i szybkie przemiany w życiu gospodarczym, społecznym, kulturowym, moralnym, a także religijnym. Co jeszcze kilkadziesiąt czy kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, dziś jest faktem, któremu się nikt nie dziwi – zarówno w sferze cywilizacyjnej, jak i niestety moralnej.
Zrodzone w związku z wynalezieniem maszyny parowej przemysłowe społeczeństwo przechodzi już do historii. Komputer wciska się we wszystkie dziedziny życia współczesnych ludzi i staje się podstawą nowego – informacyjnego i świadczącego usługi społeczeństwa. Życie tych społeczeństw toczyć się będzie w zupełnie nowych ramach. Ulegające globalizacji i popadające w związku z tym w częste turbulencje rynki wymagają od państw, organizacji gospodarczych i przedsiębiorstw stałej czujności i szybkiego dostosowywania się do zmieniających się ciągle okoliczności. Musi w związku z tym nastąpić radykalna zmiana w strukturach przedsiębiorstw. Należy już wkrótce liczyć się z koniecznością coraz częstszego zmieniania rodzajów zatrudnienia przez ludzi i wydatnego skracania czasu pracy. Stary obraz pracobiorcy pracującego długie lata w jednym miejscu i wykonującego ten sam zawód odchodzi w przeszłość.
Przewiduje się, że postęp oraz innowacje nie ominą także nauk humanistycznych i światopoglądowej sfery życia. Widać to już bardzo wyraźnie w sferze życia religijnego wielu społeczeństw. Ewangelia, którą przepowiada Kościół, związana jest ściśle z tym, co wieczne, niezmienne, ponadczasowe,pozaprzestrzenne. W świecie, w którym bardzo wielu ludzi pozostaje pod przemożnym wpływem teorii odrzucających biblijny obraz świata oraz człowieka jako stworzenia Bożego, na rzecz obrazu darwinistycznego, ujmującego świat i człowieka jako produkty ewolucji i bezwzględnej walki o byt – w tym świecie Kościół nadal, jak niegdyś, głosi niezmienne prawdy wiary i normy moralne, zgodnie ze starym, przytaczanym przez Ojca Świętego, liturgicznym tekstem: “Crux stat dum volvitur orbis”.

Wiara i moralność są niezmienne
W obliczu tych zmian, turbulencji ekonomicznych, społecznych, światopoglądowych, moralnych i innych oraz związanych z tym niebezpieczeństw nasuwa się pytanie: Jak na ten nowy, rodzący się w zawrotnym tempie wokół nas świat winniśmy się przygotować?
Co mamy o nim myśleć my, chrześcijanie, i jak mamy przepowiadać, w tym mobilnym świecie, niezmienną Ewangelię ludziom, którzy odgradzają się od transcendencji jakby niewidzialnymi barierami? Jak mamy im wytłumaczyć, że mimo zmian cywilizacyjnych naszego świata prawdy wiary i normy moralne takim zmianom nie ulegają, ponieważ to, co naprawdę istotne, się nie zmienia?
Trzeba mieć przy tym ciągle w pamięci, że niestety, nie tylko dobro zawdzięcza ludzkość dotychczasowemu rozwojowi nauki i technologii. O ile przy tym o postępie technologicznym można powiedzieć, że jego wzrost ma charakter ciągły, linearny, o tyle w żadnym wypadku nie można tego odnieść do moralności ludzkości. Barbarzyństwo i zdziczenie moralne wraca bowiem w każdej epoce. Takie rzeczywistości jak moralność, ustroje polityczne i struktury społeczne nie wykazują linearnego postępu. Przeciwnie, każde pokolenie musi rozwój moralny, społeczny i polityczny zaczynać poniekąd od początku.
Nauka i technologia zaś nie tylko nie zapobiegły wojnom, lecz także uczyniły je nieporównanie groźniejszymi wskutek skonstruowania i ciągłego doskonalenia broni masowej zagłady.
Eliminując wiele groźnych dla człowieka chorób – stają bezradne wobec wielu z nich, w tym także zupełnie nowych i śmiertelnie niebezpiecznych.
Zapewniając przy pomocy cennych wynalazków bezpieczeństwo człowieka, nauka i technologia dały niestety jednocześnie do ręki przestępców i terrorystów takie środki i możliwości działania, które sprawiły, że w konsekwencji zagrożenie bezpieczeństwa osobistego stało się dziś nieporównanie większe niż kiedykolwiek, o czym najlepiej świadczą zamachy terrorystyczne.
Dostarczając człowiekowi coraz więcej i coraz lepszych artykułów konsumpcyjnych, nauka i technologia doprowadziły jednocześnie do wielkiego skażenia środowiska naturalnego, do bezpowrotnej dewastacji gleby, powietrza, wody i lasów, do wyniszczenia wielu gatunków roślin i zwierząt w różnych częściach świata, do uszkodzenia warstwy ozonowej, a także do zmian klimatycznych, będących następstwem wzrostu stężenia gazów cieplarnianych, w szczególności CO2 w atmosferze. Na przełomie XX i XXI w. okazało się, że najbardziej pożądanymi, a jednocześnie najbardziej zagrożonymi dobrami stały się czysta woda oraz czyste powietrze.
Rozwiązując coraz to nowe zagadki wszechświata i świata, nauka i technologia osiągnęły moment krytyczny w swoich badaniach, jak np. w genetyce, który to moment, jeżeli zostanie nieodpowiedzialnie przekroczony, może przynieść niewyobrażalne nieszczęścia dla całej ludzkiej cywilizacji.
Przyczyniając się do wzrostu ekonomicznego wielu krajów, nauka i technologia nie zapobiegły kryzysom ekonomicznym, zaburzeniom gospodarczym i kryzysom energetycznym.
Nie mogą np. poradzić sobie z problemem gwałtownego rozrastania się skupisk miejskich w niektórych krajach (Tokio, Sčo Paulo i Meksyk przekroczyły już liczbę 20 milionów mieszkańców).
Nie były też w stanie zmniejszyć różnicy w zamożności między bogatą Północą a biednym Południem, przy czym najważniejszy czynnik rozwoju, jakim jest wiedza naukowa, stał się niemal wyłączną domeną krajów wysoko rozwiniętych. Co więcej, to zjawisko wyraźnie się petryfikuje. Nauka i postęp techniczny ulegają coraz większej koncentracji, oczywiście na obszarze krajów bogatych.
Najbardziej niepokojące wydaje się jednak to, że w drugiej połowie XX wieku główną motywacją do podejmowania badań naukowych stał się zysk, a nie działalność poznawcza, a nie samo odkrywanie prawdy. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest to, że coraz więcej środków na badania pochodzi z prywatnych korporacji gospodarczych, które zainteresowane są wyłącznie zyskiem, osiąganym w jak najszybszym czasie. Zakwestionowana przy tym została powszechnie obowiązująca zasada udostępniania opinii publicznej wyników badań. Wyniki te się ukrywa z obawy przed konkurencją. Z powodu pieniędzy dochodzi do niezdrowej rywalizacji, prowadzonej notabene nieuczciwymi sposobami, między uczonymi. Powszechne stały się kradzieże pomysłów, metod i wyników badań. Największym jednak niebezpieczeństwem dla przyszłości nauki, i nie tylko nauki, stały się rządowe centra badawcze potężnych bogatych krajów. Tysiące uczonych, którzy są w nich zatrudnieni, pracuje z najwyższym pośpiechem nad doskonaleniem istniejącej broni masowego rażenia i nad wynajdowaniem nowych środków, które mają służyć zabijaniu i niszczeniu na niewyobrażalną dotąd skalę, co stoi w jawnej sprzeczności z fundamentalnymi zasadami nauki, którą – bez względu na uprawianą dyscyplinę – obowiązuje zasada Hipokratesa: “Primum non nocere”.
W świetle powyższych uwag nie dziwi fakt, że niejeden współczesny człowiek poczuł się zawiedziony osiągnięciami nauki, a ściśle taką jej koncepcją, którą propagowali scjentyści, pozytywiści, marksiści, a obecnie neomarksiści. Ich koncepcja nauki bowiem, odwołująca się wyłącznie do doświadczenia zmysłowego i jego opisu, eliminująca programowo z wizji rzeczywistości i wizji człowieka wymiar nadnaturalny i wszelki wymiar moralny, stawała się niejednokrotnie i staje się obecnie ślepym narzędziem, służącym realizacji imperialnych i totalitarnych celów określonych państw, organizacji i różnego rodzaju przywódców, a w naszych czasach służy przede wszystkim nieopanowanemu niczym i niestety samobójczemu na dłuższą metę wzrostowi konsumpcji bogatych społeczeństw; co więcej, służy nawet jako sprawne narzędzie najokrutniejszym terrorystom.
Taka koncepcja nauki rozczarowuje. Człowieka bowiem nie można ograniczyć, jak chcieli to uczynić materialiści różnych proweniencji, jedynie do sfery materii i natury. Człowiek pragnie, w odniesieniu do otaczającej go rzeczywistości, nie tylko odpowiedzi na pytanie: “Jak jest?”, lecz także, a może jeszcze bardziej, odpowiedzi na pytania: “Dlaczego?” oraz “Po co?”. Pragnie odpowiedzi na pytanie: “Skąd jest?” i “Dokąd zmierza?”.
W związku z faktem, że wielu ludzi we współczesnym świecie traci zaufanie do nauki, lękając się niekorzystnych dla siebie skutków jej tak dynamicznego rozwoju, stawiane są postulaty wprowadzenia prawnych barier, które uniemożliwiłyby uczonym badania zagrażające człowiekowi, tym bardziej że zakres i potęga tych tak gwałtownie rozwijających się badań, np. w genetyce, chemii czy fizyce, są wprost trudne do wyobrażenia.
Nie wydaje się jednak, by prawo mogło tu działać wystarczająco skutecznie. Nie należy bowiem mylić prawa z moralnością. Prawo nie jest w stanie uregulować wszystkich ludzkich działań. Może to uczynić tylko ten uczony, który ma dobrze moralnie ukształtowane sumienie i który zgodnie z tym sumieniem postępuje. Niemającego poczucia odpowiedzialności moralnej za swoje badania uczonego nie powstrzyma żadne prawo, zwłaszcza dziś, gdy gwałtownemu przyrostowi środowiska ludzi nauki towarzyszy wzrost konkurencji, a różnej skali wynagrodzenia, nagrody i wyróżnienia podsycają ambicje i pragnienie sukcesów, często per fas et nefas. Legislacyjne uregulowania będą tylko wtedy skuteczne, gdy spotkają się z powszechną akceptacją środowisk uczonych i gdy ci uczeni przyczynią się do stworzenia i wypromowania nowego, powszechnie akceptowanego stylu życia, który zerwie z powszechnie dziś głoszonym hedonizmem i konsumpcjonizmem i który związany będzie z dobrowolnym opanowywaniem swoich potrzeb do tego, co konieczne.
Nauka potrzebuje wolności, co zresztą jest jednoznacznie akceptowane przez Kościół. W encyklice “Fides et ratio” Ojciec Święty Jan Paweł II wyraził wielką ufność w zdolności ludzkiego rozumu. Wzywał ludzi nauki i filozofów do poszukiwania prawdy, nawet do ponoszenia ryzyka w poszukiwaniu tego, co piękne i prawdziwe. Stawianie nauce ograniczeń legislacyjnych i administracyjnych wpływa zawsze negatywnie na jej rozwój. Nie istnieje więc inna droga niż tylko doskonalenie postaw etycznych ludzi nauki, wyrabianie w nich poczucia odpowiedzialności za własne dzieła, a także wyrabianie w nich wrażliwości na mogące wystąpić niebezpieczeństwa z ich badaniami związane. To dlatego Jan Paweł II w czasie swojego czwartego spotkania z rektorami polskich szkół wyższych powiedział, że autonomia i wolność nauki kończy się tam, gdzie sumienie badacza rozpoznaje zło.
Nauka pozbawiona wymiaru moralnego, wymiaru przekraczającego materię i naturę, zawsze przyniesie rozczarowanie. Co więcej, zamiast nadziei, zamiast dobra, przyniesie człowiekowi zagrożenie i rozpacz. Prawa biologii czy fizyki nie są prawami moralnymi i nie mogą w żaden sposób ich zastąpić.
Nauka i technologia same w sobie są oczywiście dobre. To przecież Bóg jest Stwórcą świata, człowieka i wszystkich jego uzdolnień. To przecież Bóg nakazał człowiekowi czynić sobie ziemię poddaną. To On nakazał mu rozwijać dane mu talenty. To przecież chrześcijaństwo stworzyło cywilizację euroatlantycką, budując ją na Dekalogu i Ewangelii i wykorzystując obficie zarówno judaizm, jak i filozofię grecką, prawo rzymskie, średniowieczną naukę arabską i kultury narodów, które się ochrzciły.
To chrześcijaństwo wreszcie, o czym się w zasadzie nie wspomina, stworzyło warunki dla zaistnienia nowożytnej nauki i technologii.
Można w oparciu o źródła historyczne udowodnić, że to właśnie przekonania średniowiecznych chrześcijan stworzyły odpowiedni intelektualny klimat, konieczny do zaistnienia nauki nowożytnej, rozumianej jako szczegółowe, kwantytatywne wyjaśnianie materialnego świata.
Trzeba przy tym dodać, że owym przekonaniom ulegli później liczni uczeni, którzy urodzili się i wychowali w chrześcijańskich społeczeństwach, chociaż sami chrześcijanami nie byli.

Między pychą a lękiem
Kościół katolicki nigdy się nie bał nauki, ale Kościół wie dobrze, że sama nauka nie jest w stanie zbawić człowieka. Jak stwierdził Jan Paweł II w cytowanej na początku adhortacji “Pastores dabo vobis”, w naturze człowieka zakodowane jest pragnienie poznania Absolutu i nauka winna się z tym liczyć. Winna go w realizacji tego pragnienia wspomagać na miarę swoich merytorycznych i metodologicznych możliwości. Człowiek oderwany od Absolutu traci poczucie sensu istnienia, bez względu na to, kim zostanie i co będzie posiadał.
Od momentu, kiedy Lucyfer wykrzyknął Bogu: “Non serviam” – “Nie będę służył!”, od tego momentu w stworzoną naturę wdarł się element buntu przeciw Bogu. Widoczny jest on w całej historii człowieka, od początków jego istnienia.
Przez całe dzieje ludzkości przewija się wątek owego buntu skierowanego przeciw woli Bożej wyrażonej w Dekalogu. Buntu, który ma na celu strącenie Boga z tronu i usadowienie się na nim człowieka. Źródłem tego buntu jest pycha. Najpierw pycha diabelska, a potem ludzka, ponieważ udzieliła się ona również człowiekowi. Ten uwierzył, że jego umysł jest tak potężny, iż rozwiąże wszystkie problemy tego świata. Uwierzył diabłu, że Bóg nie jest człowiekowi potrzebny, że krępuje jego wolność. Uwierzył, że może żyć tak, jakby Boga nie było. Jakby nie ustanowił dla niego swoich przykazań.
Ale człowiek Bogiem nie jest. Przeciwnie, jest słabym, kruchym i zależnym w swoim istnieniu od najrozmaitszych okoliczności stworzeniem. Dlatego też nawet ten najbardziej pyszny i zarozumiały, nawet ten, który uśmiercił w swojej duszy Boga, który wykreślił Go ze swojej wizji rzeczywistości, jeśli zdolny jest do refleksji nad samym sobą i nad sensem swojego istnienia, odczuwa ogromny lęk.
Nie lęk przed konkretnym zagrożeniem, lecz lęk, który odnosi się do samej istoty człowieczej egzystencji, który sprawia, że takiego człowieka nawet przez chwilę nie opuszcza dręcząca świadomość, że jego życie nie jest takie, jakie powinno być, oraz że poza granicą tego życia stoi tylko nicość, owa upiorna moc, która niszczy wszelki sens. Myśl o granicy ludzkiej egzystencji nie wyzwala lęku tylko wówczas, gdy człowiek ma świadomość i wiarę, że za tą granicą, gdy przyjdzie jego kres, napotka Kogoś, kto na niego czeka, kto go przyjmie, kto go poprowadzi do świata pokoju, miłości i szczęścia.
Wielu współczesnych ludzi, uważających się za wyemancypowanych spod władzy Boga, miota się więc między pychą a lękiem. To ich wewnętrzne rozdarcie pogłębia następna sprzeczność, której nie potrafią przezwyciężyć. Współczesny, wykształcony człowiek posiada bowiem z jednej strony dużą wiedzę o sobie, którą zapewniają mu liczne nauki, takie jak medycyna, biologia, historia, socjologia, paleontologia czy psychologia eksperymentalna; z drugiej strony natomiast nie wie niemal nic o swojej istocie, o tym, skąd przyszedł, po co istnieje i kim naprawdę jest. Brakuje mu wizji samego siebie, która wskazywałaby jasno i wyraźnie, co jest w nim centralne, a co tylko peryferyjne; która wskazywałaby mu cel życia i środki, jakie należy do niego zastosować.
W ostatnich dwóch wiekach podejmowano różne próby wskazania na to, co w człowieku jest istotne.
Takiej próby dokonał materializm, odpowiedzialny w dużej mierze za totalitarny i praktycystyczny sposób myślenia współczesnego człowieka. Materializm, który orzekł, że człowiek jest niczym innym jak tylko wysoko skomplikowaną materią.
Na antypodach w stosunku do materialistycznej koncepcji człowieka stanął idealizm, zwłaszcza w ujęciu Hegla, który stwierdził, że tym, co pierwotne i co realne w całej rzeczywistości, jest tylko duch, jest to, co absolutne. Ów nieosobowy duch, zdaniem Hegla, rozwija się w procesie samorealizacji w materię i dochodzi w końcu do uświadomienia sobie siebie samego w człowieku, który jest więc w swojej najgłębszej istocie samorozwojem boskiego ducha, a nie stworzeniem Wszechmogącego Boga.
Z doświadczeń zjawisk dynamicznie rozwijających się społeczeństw zrodził się tzw. socjologizujący obraz człowieka, który wyraża przekonanie, że jednostka ludzka jest sama w sobie niczym i że jest jedynie czymś, co wyrasta z całości. “Ty jesteś niczym” – mówią do nas zwolennicy tej koncepcji. “To społeczeństwo jest wszystkim” – stwierdzają.
Socjologizmowi z kolei przeciwstawia się indywidualizm, który stwierdza, że w rzeczywistości tylko jednostka, tylko indywiduum, jest wartością, gdyż to, co właściwe, zawsze ginie w wielości.
Jeszcze inaczej patrzy na człowieka determinizm, w myśl którego wszystko podlega nieodwołalnemu, nieosobowemu przymusowi. Wszystko w życiu ludzkim dzieje się tak, jak się musi dziać, i nikt ani nic nie potrafi nas wyzwolić z żelaznej obręczy naszego losu, stwierdzają wyznawcy tego poglądu.
W przeciwieństwie do determinizmu niezależność ludzkiej jednostki akcentuje egzystencjalizm, który postrzega ją jako całkowicie, wręcz rozpaczliwie wolną i jednocześnie pozbawioną jakiegokolwiek oparcia. Zdaniem egzystencjalistów, nie istnieją żadne reguły, które określałyby życie człowieka. Jest on podobny do samotnego atomu miotającego się w próżni, w którą został wrzucony. Sam decyduje o swojej suwerennej, a jednocześnie bezbrzeżnie rozpaczliwej wolności. Sam sobie nadaje sens, który już z założenia jest absurdem.
Poza wymienionymi wyżej próbami określenia, czym naprawdę jest człowiek, istnieją jeszcze inne, przeciwne sobie ujęcia tego problemu. Pierwsze z nich, związane z tzw. procesualizmem, stwierdza, że nie jest w ogóle możliwe ustalenie, czym jest człowiek, ponieważ stanowi on rzeczywistość podlegającą procesowi ustawicznego stawania się, że człowiek jest wypadkową i rezultatem ustawicznych, niedających się ani przewidzieć, ani określić spotkań i zderzeń ze światem, z historią, z niezliczoną ilością ludzi i ich spraw, a także z wyzwaniami i zadaniami, jakie niesie czas, w którym przyszło mu żyć.
Temu ujęciu sprzeciwia się realistyczna koncepcja człowieka jako dziecka Bożego, której stałe echo odnajdujemy w nauczaniu Kościoła katolickiego, a która określa, co należy do istoty człowieczeństwa, a co nie; która tę istotę traktuje jako ludzką, nieśmiertelną, stworzoną przez Boga duszę, pozostającą w nierozerwalnym związku z ciałem, stanowiącą element nieulegający zmianie, taki sam zawsze i wszędzie.
Z powyższych rozważań wynika, że są różne, przeciwne, a nawet sprzeczne ze sobą koncepcje człowieka, których nie podobna uzgodnić.
Niestety, nie są one tylko teoretycznymi, akademickimi rozważaniami. Przeciwnie, jak poucza nas historia minionego wieku, pociągają one niestety za sobą praktyczne konsekwencje, wyrażające się często w postaci różnego rodzaju konfliktów, a nawet wojen, walk społecznych i politycznych, okrutnych prześladowań – rasowych, narodowościowych, religijnych, społecznych itp.
W materialistycznej koncepcji człowieka szukał swoich uzasadnień bolszewizm. W filozofii Hegla i Nietzschego rasizm i niemiecki socjalizm narodowy.
W określonych filozofiach, zwłaszcza w antropologiach filozoficznych, tkwi także źródło różnego rodzaju rewolucji oraz rodzących się, jako ich konsekwencje, dyktatur.
Ogólnie rzecz biorąc, istota rewolucji polega na woli odrzucenia autorytetu w ogóle, bez względu na jego rodzaj. Bo czego właściwie domaga się każda rewolucja? Odpowiedź brzmi: wolności.
Ale wolności od czego?

Rewolucje przeciwko Bogu, Kościołowi i człowiekowi
Dawne rewolucje, poczyn ając od francuskiej, żądały wolności od władzy i od wszelkich autorytetów. Najpierw od władzy królewskiej, potem od każdej innej, a następnie kierowały się przeciwko źródłu wszelkiego autorytetu, a mianowicie przeciwko Bogu.
Nie dziwi więc fakt, że francuska rewolucja była bezbożna i okrutnie zwalczała Kościół katolicki. Wtedy, kiedy cała ludzkość liczyła ok. 0,5 miliarda osób, rewolucjoniści francuscy wymordowali ponad milion ludzi, zwłaszcza katolików. Rewolucję tę przygotował przecież materializm i ateizm wielu francuskich filozofów oświeceniowych. Tak samo jak marksistowska materialistyczna koncepcja rzeczywistości i człowieka przygotowała rewolucję bolszewicką, w której ateizm był nie tylko osobistym światopoglądem jej wodzów, lecz także podstawą i programem całego bolszewizmu. Swoistą nową religią.
Jest zaiste paradoksem, że rewolucje, krwawe rewolucje, kończą się najczęściej dyktaturą. Dzieje się tak, ponieważ wolność, jaką one głoszą, nie jest wolnością autentyczną. Jest namiastką wolności. Jest chaosem na każdej płaszczyźnie życia. Jest anarchią polityczną, społeczną, a przede wszystkim moralną.
Prawdziwa wolność, twórcza i rozwijająca, a nie niszcząca i zniewalająca człowieka, ma swoje źródło jedynie w Bogu i w ludzkiej osobie, będącej przecież podobieństwem i obrazem Boga. Jeśli zakwestionuje się Boga, to musi się także z konieczności zakwestionować Jego odblask w człowieku. Gdy zakwestionuje się istotę człowieczeństwa, wówczas człowiek, odarty ze swojej, w Bogu zakorzenionej, godności dziecka Bożego, pozostaje tylko zwierzęciem i niczym więcej. Pozostaje zwierzęciem, którym można dowolnie dysponować. Którym można manipulować dla różnych celów. Którego można instrumentalnie używać. Sprzedawać, poświęcać dla czyjejś władzy lub wygody, a nawet zabijać – narodzonych lub nienarodzonych – według uznania władzy i możnych. Chodzi przecież tylko o zwierzę. O nic więcej.
Oderwanie człowieka od Boga prowadzi w linii prostej do nihilizmu. Ludzie, którzy Boga wyłączyli ze swego życia, którzy Go odrzucili, uwalniają się od wszelkich z Nim powiązań, a w konsekwencji sami siebie czynią bogami. Stawiają się ponad Bożym prawem, ponad Dekalogiem, ponad Ewangelią i ponad wszelką etyką normatywną. Jak powiedział ongiś Nietzsche, ludzie ci, a ściśle nadludzie (dziś powiedzielibyśmy supermani), stają poza dobrem i złem – “jenseits von Gut und Böse”, ponieważ to oni sami, a nie Bóg, rozstrzygają o tym, co jest dobre, a co złe. Kogo zostawić przy życiu, a kogo zniszczyć. Komu zabrać własność, a kogo uczynić bogaczem. Ponieważ to oni sami, a nie Bóg, stają się twórcami moralności. Nowej moralności, w której naczelną zasadą moralną jest niestety egoizm, nienawiść, bezwzględna walka klas oraz walka o byt.
Ze smutkiem należy stwierdzić, że ten proces uwalniania się ludzi od Boga i od chrześcijaństwa ciągle narasta w wielu krajach ukształtowanych ongiś przez chrześcijaństwo.
Wielu katolików w zachodnich krajach pyta się z troską: Co się stało z Kościołem naszej młodości? Przypominają się im automatycznie słowa proroka Zachariasza z czasu po niewoli babilońskiej: “W całym kraju dwie trzecie zostały unicestwione, tylko trzecia część pozostała przy życiu” (13, 8). W niektórych parafiach nie została już nawet trzecia część. Ciągle następuje proces korozji życia religijnego, który ogarnia już wszystkie obszary życia kościelnego, a więc uczestnictwo we Mszy św. niedzielnej, przyjmowanie sakramentów świętych, przyznawanie się do wiary głoszonej przez Kościół, naukę moralną Kościoła, solidarność z Kościołem hierarchicznym. Wielu ludzi formalnie uchodzi za katolików, ale wyraźnie dystansuje się od Kościoła, nie modli się, wybiórczo traktuje prawdy wiary i zasady moralne; krok za krokiem oddala się od Boga. Wydaje się, jakby w niektórych krajach Kościół utracił wszystkie siły, jakby ewangeliczna sól całkiem zwietrzała.
Kościół, jako wspólnota wiernych, założony został po to, by leczyć. W niektórych krajach stał się niestety pacjentem, przeżywa kryzys.
Nie brak dobrych analiz socjologicznych i nowych programów pastoralnych, pełnych radosnego optymizmu wizji. Niestety, nie zatrzymują one tego procesu korozji, który wdziera się także do Polski. Nasuwa się pytanie: Dlaczego? Skąd?
Współczesny człowiek w wielu zachodnich krajach żyje jeszcze, chociaż niestety często już powierzchownie, dziedzictwem chrześcijaństwa. I to nie tylko w sferze zewnętrznego obyczaju. Wszystkie jego moralne pojęcia, wszystkie uzasadniające je wartości, wszystkie postawy – zarówno indywidualne, jak i społeczne – związane są jeszcze z chrystianizmem; często już nieświadomie.
Nietykalność ludzkiej osoby, szacunek dla człowieka i poszanowanie jego praw, równouprawnienie, szacunek dla słowa, dochowywanie układów i wiele innych wartości to pozostałości setek lat chrześcijaństwa w Europie i gdzie indziej.
To jeszcze trwa, lecz związek wielu ludzi z chrystianizmem słabnie. W wielu tradycyjnie jeszcze chrześcijańskich społeczeństwach prawdziwi chrześcijanie traktowani są już jako coś obcego, coś, co należy usunąć z życia publicznego, a w najlepszym razie zepchnąć na margines życia. Ich przekonania religijne się już nie liczą. Nie są traktowane poważnie. Na pewno nie tak poważnie jak przekonania ludzi wyznających np. judaizm czy islam.

“Nowa Lewica” awangardą postmodernizmu
Zjawisko rozpływania się chrystianizmu przybrało w ostatnich dziesięcioleciach postać kryzysu. Tak jak w zapaleniu płuc przychodzi przełomowy, kryzysowy dzień, który rozstrzyga o życiu lub o śmierci pacjenta, tak dzieje się dziś z chrześcijańską cywilizacją euroatlantycką. Ona obecnie przeżywa taki dzień. Przeżywa kryzys, dziś wyrażający się szczególnie w zjawiskach neomarksizmu i postmodernizmu, które ogarnęły najpierw wiele środowisk intelektualnych, a obecnie obejmują swoim zasięgiem coraz szersze warstwy społeczne, stając się dla nich jedynie słuszną filozofią życia; który to postmodernizm, poczynając od rewolucji studenckiej na Zachodzie z lat sześćdziesiątych, przygotowanej ideowo przez wymieniony neomarksizm, inaczej tzw. Nową Lewicę, a również skierowanej przeciwko wszelkim autorytetom, ustala apodyktycznie nowy stosunek do prawdy, głosząc całkowicie nową wizję świata i człowieka, odrzucającą metafizykę, a konsekwencji transcendentny wymiar rzeczywistości.
Hasłem wspomnianej “Nowej Lewicy”, która ukształtowała ideowo pokolenie młodzieży z końca lat sześćdziesiątych, były słowa: “Niszczcie wszystko, co was niszczy”. Zawołanie to mieli na ustach uczestnicy znanej rewolty studenckiej na Zachodzie z 1968 roku. Celem owej rewolty było zniszczenie wszystkich dotychczasowych instytucji i wszystkich autorytetów, które jakoby ciemiężyły i niszczyły człowieka drugiej połowy XX wieku. Tak zwana antyautorytarna ideologia i posługujący się nią ruch widziały swojego głównego wroga, niepozwalającego rzekomo na samorealizację się młodego pokolenia, w takich zwłaszcza instytucjach, jak: państwo, małżeństwo, parlament, policja, szkoła, uniwersytet, a zwłaszcza Kościół i religia. Stosownie do tego rewolucjoniści z lat sześćdziesiątych odrzucali istniejącą moralność, prawo i cały porządek społeczny, niszczyli je i podważali, najpierw przy pomocy manifestacji i zamieszek na ulicach i uniwersytetach, a później przez długie lata zbrojnie, dokonując niezliczonych krwawych zamachów realizowanych przez niemiecką Bader-Meinhoff Bande, przez włoskie Czerwone Brygady oraz przez inne im podobne grupy terrorystyczne. Odrzucając istniejący ład społeczny, moralność, system szkolny, instytucję małżeństwa, prawo, państwo i wszystkie dotychczasowe wartości, na których wspierało się dotychczasowe życie społeczne, rewolucjoniści sprzed trzydziestu lat stworzyli – jako alternatywę – formy życia w komunach, z kompletną wspólnotą dóbr, żon, mężów, dzieci itd. Pod hasłem seksualnej emancypacji propagowali wolną miłość, która nie była odpowiedzialna wobec niczego i nikogo z wyjątkiem żądzy rozkoszy. Realizacja tego programu miała stworzyć, według zamierzeń ideologów “Nowej Lewicy”, nowe społeczeństwo i nowego człowieka. Państwa z lat 70. i 80. nie pozwoliły jednak tego programu zrealizować. Przeciwstawiły się terrorystom. Uspokoiły ulicę i uniwersytety. Nie pozwoliły się obalić. Niemniej jednak pokolenie roku 1968 pozostało i nie zmieniło poglądów. W wielu zachodnich krajach doszło obecnie do władzy i swój dawny lewacki program, którego celem było zniszczenie małżeństwa, rodziny, moralności chrześcijańskiej, religii, Kościoła itd., dawni rewolucjoniści starają się zrealizować dziś inaczej. Nie przez manifestacje, strajki, zamachy terrorystyczne, ale przy pomocy instytucji państwa, przy pomocy prawa, a zwłaszcza mediów pozostających pod ich przemożnym wpływem. Państwo i prawo, które nie odwołuje się ani do Boga, ani do żadnych ponadludzkich zasad moralnych, lecz tylko do woli większości obywateli obecnie odrzucających chrześcijańską wizję rzeczywistości, to prawo sankcjonuje i legalizuje dziś zatem w licznych krajach zachodnich aborcję i eutanazję, pomniejsza rolę małżeństwa i rodziny, a wspiera i nadaje charakter małżeństwa związkom homoseksualnym, tzw. wolnej miłości itd. Tą ideologią, która to czyni, ponieważ przejęła i jeszcze rozszerzyła program “Nowej Lewicy”, jest dziś postmodernizm.
Jak wspomniano, postmodernizm stał się, najpierw w krajach zachodnich, filozofią wielu współczesnych intelektualistów, wielu środowisk uniwersyteckich i wielu mediów. Obecnie ogarnia swoim wpływem kulturę i mentalność narodów w krajach postkomunistycznych, w których większość zdeklarowanych ongiś jednoznacznie zawodowych marksistów przekształciła się dość niespodziewanie w postmodernistów, głoszących kompletny relatywizm poznawczy i moralny; skrajny, nieliczący się z dobrem wspólnym indywidualizm; praktyczny materializm; konsumpcyjny, nieopanowany utylitaryzm, a w sposób szczególny hasło wolności człowieka od wszystkiego i do wszystkiego. W myśl filozofii postmodernistycznej każdy może czynić wszystko, co zechce, i zaniedbywać wszystko, co zechce, ponieważ wszystko jest tyle samo warte, ponieważ każdy może mieć własną prawdę i własne dobro moralne, ponieważ nie istnieją żadne absolutne kryteria – ani poznawcze, ani etyczne, ani estetyczne. Nadszedł czas moralnej samowoli, której nie ogranicza żadna absolutna wartość, bo takich wartości, zdaniem postmodernistów, nie ma. Według przekonania zwolenników postmodernizmu, prawda jest represywna i ogranicza człowieka. Jeżeli bowiem w filozofii lub w moralności uzna się coś za prawdziwe, dobre i słuszne, to tym samym powoduje się represję stanów przeciwnych, mówią postmoderniści. Jeśli na przykład uzna się, że małżeństwo jest związkiem kobiety z mężczyzną, to tym samym represyjnie ogranicza się wolność homoseksualistów lub lesbijek pragnących również zawrzeć związek małżeński. Prawda według postmodernistów jest systemem władzy, a nie poznawaniem rzeczywistości, ponieważ rzeczywistości i tak nie można poznać. Dlatego należy odrzucić prawdę, gdyż jednej dla wszystkich i niezależnej prawdy nie ma.
Postmodernistyczny relatywizm wspierany jest przez rozpowszechniany co najmniej od połowy XIX wieku światopogląd pozytywistyczno-techniczny, który jedyne źródło wiedzy, w miarę pewnej, widzi wyłącznie w eksperymencie naukowym, odrzucając wszelkie inne drogi poznania jako całkowicie nieprzydatne do poznania pewnego. Odrzuca w związku z tym zdecydowanie wszelkie poznanie religijne i filozoficzne.
Negując możliwość poznania prawdy obiektywnej, postmodernizm przekreśla w ten sposób dwadzieścia pięć wieków istnienia i rozwoju filozofii pretendującej do poznawania prawdy. Propaguje model człowieka wyzwolonego od prawdy i moralności, wyzwolonego od stałych przekonań i stałych miejsc zamieszkania. Model kosmopolity, obywatela świata, bez ojczyzny, bez domu, bez stałych wartości i bez wychowania, ponieważ wychowanie ogranicza. Model człowieka, który nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek pracą nad sobą, nad swoim charakterem; który nie ma żadnych ideałów, żadnych stałych wartości i żadnej tożsamości. Nie liczy się światopogląd, religia, narodowa kultura. Na człowieku nie ciążą żadne obowiązki, gdyż wszystko, cokolwiek uczyni, będzie tyle samo warte. Nie powinien więc niczego ani nikogo traktować zbyt poważnie. Jedynym jego celem jest bawić się, korzystać z wszelkich dóbr i z każdej nadarzającej się przyjemności, nie myśląc o konsekwencjach. Powinien wszystko akceptować. Niczego nie wolno mu oceniać negatywnie. Tylko wówczas zasłuży na miano tolerancyjnego człowieka. Tylko wówczas nie zasłuży na miano fundamentalisty. Tylko wówczas zmieści się w ramach jedynie słusznej, jak twierdzą postmoderniści, postawy życiowej, którą wyraża słynna poprawność polityczna – political correctness, będąca notabene nowym, tym razem ideowym totalitaryzmem, mówiąc ściśle “totalitaryzmem bezideowości”.
Postmodernizm to przykład buntu, przykład rewolucji skierowanej przeciwko autorytetowi rozumu, który stworzył i rozwinął cywilizację euroatlantycką. Proponowana przez tę orientację rezygnacja z prawdy i rozumu prowadzi do irracjonalizmu, a w konsekwencji do nowoczesnego, gorszego niż dawne, barbarzyństwa. Prowadzi przy tym do całkowitej atomizacji ludzi, pozbawionych jakiegokolwiek oparcia w wartościach; ludzi wykorzenionych z tradycji, religii i kultury; ludzi, których w wielu bogatych społeczeństwach już nic ze sobą nie łączy poza walką o pieniądze i o utrzymanie dobrobytu.
Pewnych oczywistych faktów także postmodernista nie potrafi jednak zrelatywizować. Nie potrafi wykluczyć zagrożenia, jakie wisi nad ludzkością w postaci broni masowej zagłady czy skażenia środowiska naturalnego. Nie potrafi także zrelatywizować faktu osobistej, zbliżającej się nieuchronnie do każdego śmierci. Stąd nawet u przekonanego postmodernisty jawi się potrzeba przezwyciężenia lęku przed unicestwieniem. Nawet u niego, mimo szeroko głoszonej nietzscheańskiej teorii śmierci Boga osobowego, odzywa się tęsknota za religią. Szuka więc stosownej dla siebie religii. Religii wygodnej, odpowiadającej duchowi konsumpcjonizmu, tzn. takiej religii, która dawałaby człowiekowi komfort poczucia bezpieczeństwa, która pełniłaby funkcję terapeutyczną oraz dostarczałaby mu określonych emocji, ale która niczego by od niego nie wymagała. Szuka więc religii bez zobowiązań, bez żadnych norm moralnych, bez żadnych dogmatów wiary, bez żadnej odpowiedzialności za czyny, bez żadnych religijnych instytucji i autorytetów.
Popyt zawsze rodzi podaż, w związku z czym notujemy w ostatnich latach niezwykle dynamiczny rozwój kultów religijnych, w których nie ma już mowy o Bogu osobowym, w których wszystko jest dozwolone, takich chociażby jak New Age.
Przy okazji rozwijają się różne kulty zbrodnicze, satanistyczne i inne, niszczące osobowość zwabionych różnymi sposobami wyznawców, zmuszające bądź nakłaniające do zbiorowych samobójstw itd. Gdzie zamiera prawdziwa religia – natychmiast pojawiają się ciemne, irracjonalne kulty, tworzone arbitralnie przez różnych guru, którzy zrywają z tradycją i doktrynalnymi autorytetami, narzucając często, zdominowanym przez siebie zwolennikom, paranoidalne i całkowicie absurdalne wierzenia i praktyki religijne, niemające oparcia w niczym poza imaginacją, a czasem zimną kalkulacją samozwańczych mesjaszy. Kulty te ujawniają zamęt moralny i intelektualny naszych czasów. Najczęściej stanowią one coś w rodzaju gigantycznej rupieciarni, poskładanej z odłamków dawnych religii, dopasowanych pod gusta współczesnych ludzi, którzy po utracie kontaktu z prawdziwą religią szukają rozpaczliwie jakiejś jej namiastki.
Tak dzieje się zawsze, gdy człowiek rezygnuje z używania rozumu i z prawdziwej, mającej oparcie w Bogu, wolności. Gdy krzyczy swojemu Stwórcy prosto w twarz: Nie będę Ci służył!
Pozostaje wówczas sam, słaby, bezbronny, wydany na pastwę tego, co chaotyczne, absurdalne, irracjonalne, zbrodnicze; na pastwę tego, co jest karykaturą Boga, a więc na pastwę diabła.
Pewne zachodnie społeczeństwa, które uległy fałszywym ideologiom neomarksizmu i postmodernizmu, utraciły już chrześcijańskie oblicze. Niestety, odrzuciły fundament, z którego wyrosły. Określają się one jako społeczeństwa pluralistyczne, otwarte na wszelkie możliwe religie, opcje światopoglądowe oraz ideologie. Sekularny humanizm, niemający już żadnych odniesień do Boga, i religijny indyferentyzm nadają ton społecznemu życiu. Kościół spychany jest na margines życia, a jego wpływ na świadomość społeczną, na ludzkie decyzje moralne i na ustanawiane prawa jest zdecydowanie eliminowany.
Pluralizm jest dziś faktem. Nie powinno się go ani gloryfikować, ani demonizować.
Kościół w ciągu minionych kilkudziesięciu lat stanął świadomie wobec współczesnej rzeczywistości, przyjmując jednoznacznie do wiadomości współczesny pluralizm i nowoczesną demokrację. Wystarczy wspomnieć dokumenty soborowe i papieskie, takie jak: deklaracja “Dignitatis humanae”, konstytucja “Gaudium et spes”, encykliki “Mater et Magistra”, “Pacem in terris”, i nauczanie Jana Pawła II. Kościół docenił też proces rozwoju społeczeństw w kierunku demokratycznego i pluralistycznego państwa. W głoszonej przez niego nauce o godności ludzkiej osoby ugruntowana została wolność sumienia i wolność religijna.
Kościół zaakceptował model państwa charakteryzujący się społecznym pluralizmem i neutralnością światopoglądową nowoczesnej demokracji. Zgodnie z duchem soborowych wskazań Kościół poleca katolikom przyjazną współpracę z różnymi grupami społecznymi, także niechrześcijańskimi, w budowaniu sprawiedliwego, solidarnego i pokojowego społeczeństwa. Wolnościową demokrację określa jako moralne zadanie dla każdego człowieka i dla każdego społeczeństwa. Wskazuje jednak na określone, pojawiające się w ostatnich dziesiątkach lat niebezpieczeństwa. Przed soborem i w jego trakcie istniało jeszcze coś, co można by określić jako społeczeństwo chrześcijańsko-humanistyczne. Ojcowie soborowi mogli zatem liczyć na podstawowy konsens różnych ludzi i narodów w najważniejszych moralnych kwestiach; konsens ponad wszystkimi – wyznaniowymi i socjalnymi granicami. Dziś liczyć na to już nie może. Po upływie ponad 40 lat od soboru okazało się, że moralność wielu społeczeństw i etos chrześcijański dryfują w przeciwne strony. Wystarczy wspomnieć tak istotne kwestie, jak aborcja, eutanazja czy małżeństwa homoseksualne. Religia chrześcijańska i chrześcijańskie przekonania ludzi nie są traktowane po partnersku i na równi z przekonaniami ateistycznymi i libertyńskimi. Chrześcijańskie przekonania spycha się na niewiele znaczący margines życia, jako czysto prywatne i nieobowiązujące społecznie. Co więcej, często przekonania te są zwalczane i atakowane jako fundamentalistyczne, ponieważ sprzeciwiają się relatywizmowi moralnemu. Chrześcijańskie normy moralne i podstawowe wartości etyczne, ideały i wzorce chrześcijańskie, bez których nie ma chrześcijańskiego wychowania, są niejednokrotnie zdecydowanie odrzucane i wyszydzane. To wszystko ma olbrzymie konsekwencje dla zachowań moralnych – jednostek, rodzin i całych społeczeństw, które zatracają poczucie grzechu oraz różnicę między dobrem a złem.

Konieczny powrót do rozumu i prawdziwej wiary
W tej trudnej ideowo syt uacji Kościół katolicki podejmuje nieustanny wysiłek w obronie człowieka, który jest przecież dzieckiem Bożym. Ciągle na nowo podejmuje walkę o duszę tego świata, o duszę każdego człowieka. Kościół nie może godzić się na anarchię moralną ani na libertyński minimalizm etyczny, który dopuszcza deprawację moralną całych narodów, zabijanie nienarodzonych, starych, chorych i wszelkie aberracje seksualne. Kościół musi pozostać znakiem sprzeciwu. Kościół nie może odejść od jednoznacznej nauki ewangelicznej, według której miliardy chrześcijan żyły i za którą setki milionów umierały przez minione dwa tysiąclecia. Kościół nie może godzić się na zgniłe kompromisy pod pozorem uwspółcześniania swojej doktryny i moralności. Do budowania wolnego, prawdziwie tolerancyjnego i demokratycznego świata nie wystarczy jednak sama tylko dobra wola nas, katolików. Nie wystarczy tradycyjne statyczne duszpasterstwo, które dociera do niezbyt wielkiej liczby ludzi. Nowa ewangelizacja, do której wzywa Ojciec Święty, powinna nas zmobilizować do zdefiniowania na nowo metod działania Kościoła w naszym społeczeństwie, zagrożonym już tym wszystkim, co dzieje się w zsekularyzowanych społeczeństwach. Musimy się stać Kościołem misyjnym, który nie będzie się dopasowywał do wizji świata ustanawianej przez ateistów, relatywistów i agnostyków, lecz naśladując w swoim życiu Chrystusa – miłosiernego, ubogiego, cierpiącego – aktywnie zwróci się do ludzi z tym samym pytaniem, jakie On dwa tysiące lat temu postawił pogańskim, zatopionym w chaosie moralnym, w bałwochwalstwie i w zbrodni narodom: Czy chcecie żyć inaczej? Czy chcecie się wyrwać z zaklętego kręgu zła i bezsensu?
Drogi wyjścia z tej kryzysowej sytuacji, w jakiej znalazł się współczesny człowiek, Kościół ukazuje w licznych dokumentach papieskich. Stwierdza w nich, że nie istnieje inna możliwość ratunku dla zagrożonej od wewnątrz cywilizacji chrześcijańskiej, jak tylko przez powrót do rozumu i do prawdziwej wiary, powrót do zweryfikowanej w ciągu dwudziestu wieków realistycznej wizji świata i człowieka. Wizji nieoderwanej ani od materialnego świata, ani od świata ducha. Wizji bazującej na objawieniu i rozumie. Wizji wskazującej właściwą relację między Bogiem i światem oraz między Bogiem a człowiekiem. Niepodobna bowiem zrozumieć ani świata, ani człowieka bez ich Stwórcy, bez Boga. Nie istnieje także, jak głoszą to różne pseudoreligijne kulty wschodniej proweniencji, możliwość zbawienia świata i człowieka bez Boga. Nie ma bowiem zbawienia bez Zbawcy. Nie ma szczęścia bez źródła szczęścia. Nie ma żadnego sensu bez Tego, który jest Logosem, tzn. Sensem wszystkiego, Twórcą wszelkiego sensu.
Prolog Ewangelii św. Jana zaczyna się od znanych powszechnie słów: “En arche en ho Logos”, co można przełożyć słowami: “Na początku był Sens”. Bóg jest sensem świata. Wszelka twórczość naukowa czy artystyczna traci sens, jeśli jest oderwana od Boga. Bez odniesienia do transcendencji jest miałka i nic nieznacząca. Zrodzona z absurdu rodzi tylko absurd.
Jak powiedział w jednym ze swoich wywiadów Ojciec Święty Benedykt XVI, wielkim niebezpieczeństwem dla nas, współczesnych chrześcijan, byłoby pójście za pokusą “chowania światła prawdy pod korzec” z obawy, aby nie ogłoszono nas nietolerancyjnymi i pysznymi. My, chrześcijanie, musimy sobie uświadomić, że jeśli pójdziemy za głosem apostołów postmodernizmu, jeśli odrzucimy wiarę w to, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym i że to, co On głosił, jest prawdą, to całe chrześcijaństwo stanie się tylko czystą tradycją, o której będzie można mówić, że ma olbrzymią wartość z punktu widzenia estetyki, nauki, kultury, polityki, ekonomii, etyki, praw człowieka, demokracji itd., ale która jest wewnętrznie martwa, bo nie mając w sobie Boga Żywego, traci jakąkolwiek żywotną siłę. W imię chrześcijaństwa, które byłoby tylko czystą tradycją, niepodobna się poświęcać, pracować, cierpieć, tworzyć, kochać, wybaczać i umierać. Dlatego współczesny chrześcijanin, wbrew nachalnie głoszonej “politycznej poprawności”, nie może rezygnować z głoszenia objawionej prawdy Chrystusowej. Nie może ulec nawoływaniom, że powinien zrezygnować z głoszenia Ewangelii w imię tolerancji, z szacunku dla innych bądź kierując się cnotą pokory. Nie powinien tego czynić, ponieważ nie chodzi tu ani o prawdziwy szacunek, ani tym bardziej o autentyczną pokorę. Pójście za takimi nawoływaniami oznaczałoby jedno. To mianowicie, że zrezygnowaliśmy z głoszenia wiary Chrystusowej z wygodnictwa, aby nie narażać się na zarzut nietolerancji i wstecznictwa. Oznaczałoby to, że wyparliśmy się objawionej przez nieomylnego Boga prawdy, że nie pojmujemy ani znaczenia, ani wielkości chrześcijaństwa. W tym miejscu warto zacytować słowa Tertuliana, który powiada, że Chrystus nie powiedział o sobie: “Ja jestem zwyczajem i tradycją”, ale powiedział: “Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

W duchu humanizmu chrześcijańskiego

W duchu humanizmu chrześcijańskiego Drukuj
Wpisał: Adam Wielomski
Laudacja na cześć JE księdza arcybiskupa prof. dr. hab. Stanisława Wielgusa, wygłoszona przez ks. prof. dr. hab. Stanisława Janeczka podczas uroczystości wręczenia Nagrody im. Księdza Idziego Radziszewskiego za rok 2007, Aula im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego Gmachu Głównego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, 4 kwietnia 2008 r.

Najdostojniejszy Laureacie,
Czcigodny Księże Prezesie
Towarzystwa Naukowego KUL,
Wielce Szanowni Państwo!

Mam dzisiaj niewątpliwy zaszczyt i przyjemność przedstawić sylwetkę naukową księdza arcybiskupa profesora Stanisława Wielgusa, a wśród wielu jego zasług zasługi jako mediewisty, ale przecież także jako uczonego, który urzeczywistniając wszystkie formy jego działalności, a więc badania, dydaktykę, organizację i wreszcie promocję ideałów autentycznej mądrości, przesycił ją niepowtarzalnym blaskiem prawdziwego człowieczeństwa. Ksiądz profesor Wielgus jest wychowankiem znakomitych uczonych, studia teologiczne ukończył, pisząc pracę magisterską pod kierunkiem ks. prof. Mieczysława Żywczyńskiego, wybitnego historyka Kościoła, zaś studia z zakresu historii filozofii pod opieką dwu znakomitych mediewistów: prof. Stefana Swieżawskiego i ks. prof. Mariana Kurdziałka. Sprawnie osiągnął wszystkie stopnie kariery uniwersyteckiej, pracując początkowo w Międzywydziałowym Zakładzie Historii Kultury w Średniowieczu, a następnie na Wydziale Filozofii KUL. Pełnił szereg funkcji administracyjnych, zwłaszcza jako sekretarz generalny Towarzystwa Naukowego KUL, prorektor ds. studenckich i wreszcie, przez trzy kadencje, jako niezapomniany, charyzmatyczny rektor.

Ksiądz Idzi Radziszewski, przywołując koncepcję idoli Franciszka Bacona, wskazywał na destrukcyjny wpływ stereotypów, które funkcjonują w kulturze nowożytnej: Pisał: “Na ołtarzu tych bożyszcz przynoszono w ofierze nie tylko pojedynczych ludzi, lecz całe narody, nie tylko poszczególne fakty historyczne, lecz całe epoki dziejów ludzkości. Jedną z takich ofiar są wieki średnie w ogóle, a filozofia ich w szczególności. Znęcano się literalnie nad ‘ciemnotą średniowieczną’, a filozofia scholastyczna, okryta plwocinami pogardy i oszczerstwa, podobną się stała do Glaukosa, owego bóstwa morskiego, o którym w swej ‘Rzeczypospolitej’ wspomina Platon, że stał się niepoznawalny tak, bo ciało jego mięczaki i węże obsiadły”.

Kilkadziesiąt lat później nasz czcigodny laureat, kreśląc sylwetkę, cenionego przez światową mediewistykę, ks. Konstantego Michalskiego, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak echo napisze z pasją, która zdradza osobiste odniesienia, wręcz program tyleż badawczy, co i życiowy, iż dzięki źródłowym badaniom “napisano… na nowo, prawdziwą, opartą na źródłach, historię nauki i filozofii średniowiecznej, a uczyniono tak dlatego, że znaleźli się ludzie dobrze znający łacinę średniowieczną, paleografię, techniki wydawania starych tekstów, a także ducha kultury tej epoki; ludzie, którzy podjęli z entuzjazmem żmudną, mało efektowną pracę nad nie czytanymi od sześciuset i więcej lat, często straszliwie trudnymi do odtworzenia, bywa, że zniszczonymi przez upływający czas i inne czynniki, dziełami mistrzów średniowiecznych. W tej swojej pracy podobni są oni do dawnych mnichów benedyktyńskich, którzy przed wieloma wiekami, studiując i przepisując bezcenne dzieła starożytnych uczonych, uratowali je dla ludzkości przed zagładą”.

Wybitny mediewista

Cóż może lepiej niż ten cytat wyrazić i miłość, i trud, i kompetencje mediewistyczne naszego laureata, niż dokonana przez niego wielkoduszna charakterystyka środowiska polskich mediewistów, w której jak w lustrze odbija się blask tyleż jego wszechstronności, co i naukowej swady. Całe swe życie naukowe poświęcił on bowiem polemice ze stereotypem “oświeconej nowożytności” i “ciemnego średniowiecza”, unikając jego płaskiej apologetyki. Odważnie ukazuje bowiem złożone podstawy europejskiej tożsamości, której składowym elementem jest przede wszystkim – składana niejednokrotnie w ofierze na ołtarzu skarlałego rozumu – kultura chrześcijańska, która przecież z odwagą potrafiła inkulturować dokonania średniowiecznych filozofów z kręgu kultury islamu i judaizmu.

Przedmiotem intensywnych i wielokierunkowych badań naukowych księdza profesora Stanisława Wielgusa jest historia filozofii, teologii, prawa i szeroko pojętych nauk przyrodniczych w starożytności i – głównie – w średniowieczu. Obejmuje ona trzy typy prac: edycje rękopisów średniowiecznych, historyczne analizy problemowe oraz interdyscyplinarne ujęcia dziejów kultury; przy czym zaznacza się wyraźna preferencja problematyki podjętej przez polskich autorów średniowiecznych, która zostaje ukazana na szerokim i wielowątkowym tle europejskim. Działalność badawcza, publicystyczna i kaznodziejska zaowocowała ogromnym piśmiennictwem w postaci 16 książek i ponad 500 innych publikacji, w tym przeszło 100 stricte naukowych. We wszystkich ujawnia się głęboki profesjonalizm połączony z tytaniczną wręcz pracą, nieprzerwaną mimo podjęcia różnych funkcji administracyjnych. Równocześnie część z tych publikacji pełni istotne funkcje popularyzacyjne.

Bodaj najważniejsze są dokonania profesora Stanisława Wielgusa w zakresie edytorstwa rękopisów średniowiecznych. Wynika to już z przekonania autora o ich wartości dla kultury polskiej tak w aspekcie filozoficznej inspiracji tej kultury, jak i ze względu na ich poziom odpowiadający najwyższym standardom europejskiej kultury filozoficznej XV wieku. Edycja tekstów rękopiśmiennych jest zaś niezbędnym warunkiem zapoczątkowania rzetelnych i faktycznie dopiero wówczas sprawdzalnych studiów zawartej w nich problematyki filozoficznej, zwłaszcza filozoficzno-przyrodniczej, teologicznej czy prawnej, a nawet w pewnej mierze – medycznej. Praca ta wymagała tyleż olbrzymich kwalifikacji, wytrwałości, co i ogromnej pokory. Jak bowiem pisał prof. Stefan Swieżawski, najwybitniejszy z polskich historyków filozofii, założyciel Instytutu Historii Kultury w Średniowieczu, który był miejscem katorżniczej pracy profesora Wielgusa, praca ta, wymagająca “gigantycznej wprost i fundamentalnej roboty”, jest “w zasadzie mało efektowna i nie przynosi wiele sławy wydawcy tekstu”.

Spośród licznych edycji średniowiecznych tekstów rodzimych i obcych ks. prof. Wielgus jest przede wszystkim wydawcą swoistej summy polskiego przyrodoznawstwa z połowy wieku XV, w formie komentarza do “Fizyki” Arystotelesa, autorstwa rektora i wicekanclerza Akademii Krakowskiej Benedykta Hessego (Benedictus Hesse, Quaestiones super octo libros “Physicorum” Aristotelis, Wrocław 1984). Edycję tę prof. Zofia Włodek z Polskiej Akademii Nauk określi sentencjonalnie jako “wybitne dzieło świetnego wydawcy”, przygniatające wręcz rozmiarami (2 tys. stron maszynopisu). Nic dziwnego, że prof. Mieczysław Markowski, także z Polskiej Akademii Nauk, powie: “Takiego gigantycznego wydania mógł dokonać tylko wytrawny paleograf i historyk filozofii”. Zwracając zaś uwagę na “wielki wkład mozolnej pracy”, który wniósł wydawca przy opracowaniu aparatu historycznego, skoro zweryfikował ok. 3 tys. starożytnych i średniowiecznych przytoczonych przez Hessego fragmentów tekstu i cytatów, w konkluzji uznał tę edycję za wzór i sugestywną zachętę do wydawania ważnych tekstów średniowiecznych. Nic dziwnego, że dzieło to do dzisiaj pozostaje nie tylko dla polskich mediewistów wzorem sprawności metodycznych i rzetelności intelektualnej. Dokonaniu temu towarzyszył osobny tom stanowiący merytoryczny wstęp poruszający fundamentalne kwestie fizyki Hessego (Benedykta Hessego Quaestiones super octo libros “Physicorum” Aristotelis. Wstęp do krytycznej edycji, Lublin 1983).

Walczył z mitem “ciemnego średniowiecza”

Gdy obowiązki organizacyjne profesora Wielgusa jako prorektora i rektora KUL nie pozwoliły na pracochłonną działalność edytorską, przedstawił wyniki wieloletnich badań nad średniowieczną literaturą biblijną w Polsce, ukazując także swoistość metodyki dydaktyki i twórczości podejmowanej w tym okresie w ciągu czterech prac, począwszy od “Badań nad Biblią w starożytności i średniowieczu” (Lublin 1990). Ta panorama starożytnej i średniowiecznej biblistyki była niezbędna dla przedstawienia w serii wydawniczej trzech tomów: “Obcej literatury biblijnej w średniowiecznej Polsce” (Lublin 1990), “Średniowiecznej literatury biblijnej w języku polskim” (Lublin 1991) i “Średniowiecznej łacińskojęzycznej biblistyki polskiej” (Lublin 1992). Nic dziwnego, że dzięki tym pracom jeden z mistrzów profesora Wielgusa ks. prof. Marian Kurdziałek, edytor o europejskim formacie, mógł stwierdzić, iż profesora Wielgusa “można… uznać za najlepszego w Polsce znawcę źródeł rękopiśmiennych, prezentujących średniowieczne polskie lub z Polską związane, teksty ściśle biblijne, biblijno-egzegetyczne i teologiczne”.
Z czasem prof. Wielgus podjął ogólniejszą refleksję nad średniowieczem tak polskim, jak i europejskim, m.in. walcząc z mitem “ciemnego średniowiecza”, panoszącym się w pseudonauce i publicystyce od czasów oświecenia, wykorzystywanym przez liberalną i lewicową historiografię (Z badań nad średniowieczem, Lublin 1995). Do współczesnych dyskusji nad korzeniami Europy włączył się prof. Wielgus z uniwersalistycznym przesłaniem zawartym w pracy “Z obszarów średniowiecznej myśli islamskiej, żydowskiej i chrześcijańskiej” (Płock 2002). Ukazując geniusz ducha europejskiego, wskazał także na bodaj największe osiągnięcie polskiej myśli filozoficzno-prawnej średniowiecza, jakim była teoria tzw. prawa narodów. Sformułowana co prawda w kontekście sporów polsko-krzyżackich uprzedza jednak ogólnością przesłania nowożytne osiągnięcia filozofii prawa naturalnego. W pracy tej prof. Wielgus wskazuje z niegasnącą wciąż nadzieją, iż “plus ratio quam vis”, a więc o uznaniu za prawdę winny decydować bardziej racjonalne argumenty niż siła (Polska średniowieczna teoria “ius gentium”, Lublin 1996; The medieval polish doctrine of the law of nations. Ius gentium, transl. J. Grondelski, Lublin 1998). Prowadząc badania nad polską kulturą filozoficzną na tle europejskim, wskazał na wpływ Marsyliusza z Inghen w pracy stanowiącej pokłosie Kongresu “Marsyliusz z Inghen i jego czasy”, który zorganizował na KUL w roku 1991 (Marsilius von Inghen. Werk und Wirkung. Akten des zweiten Intenationalen Marsiulius-von-Inghen-Kongresses, Lublin 1993). Wreszcie podsumowaniem tych badań nad kulturą średniowieczną jest syntetyczna, erudycyjna i napisana dydaktyzująco praca “Zachodnia i polska nauka średniowieczna – encyklopedycznie” (Płock 2005).

Prawdziwy autorytet

Nasz czcigodny laureat nie jest tylko gabinetowym uczonym, jest intelektualistą mającym olbrzymi autorytet moralny, w czym wypełnia obowiązki wyznaczone profesorowi średniowiecznemu, który miał tyleż wykładać i brać udział w dysputach, co i wygłaszać kazania (legere, disputare et praedicare). Mozolnej dydaktyce i badaniom naukowym upowszechnianym w formie licznych książek i artykułów, wystąpieniom na kongresach i sympozjach, które są współczesną formą średniowiecznych dysput, czy dziesiątkom wywiadów towarzyszy bowiem wręcz dramatycznie przeżywana świadomość odpowiedzialności za współczesną kulturę i stosunki międzyludzkie. Dzięki niezwykłej charyzmie mówcy profesor Stanisław Wielgus umiejętnie wpływa na świadomość społeczną. W działalności pisarskiej i kaznodziejskiej uwidacznia się mądrość i siła ducha płynąca z wierności Ewangelii, która sugestywnie przekonuje słuchaczy, gdyż rodzi się ze wspólnoty ducha polskiego, którego specyfikę wyraził o. prof. Mieczysław Albert Krąpiec, wielki poprzednik laureata na urzędzie rektorskim, w formie tzw. emocjonalnej racjonalności; zrodzona z wielowiekowej walki w obronie wiary, kultury i ziemi ojczystej, jako kolebki życia narodu, angażuje wszystkie siły ludzkie do odparcia zagrożenia, jakie niesie ze sobą nacierające zło. Nieprzypadkowo w czterech tomach, których przesłanie znakomicie streszczają tytuły, promuje ideały, które odsłaniają głębię i bogactwo chrześcijańskiego humanizmu, wyrażając przekonanie, iż mimo wszystko “Dobra jest więcej”, by tyleż “Na Skale budować nasz świat”, co i “Ducha nie gasić, a proroctwa nie lekceważyć”, a wreszcie “Mocni w wierze przeciwstawiajcie się złu” (1 P 5, 9).
Kierowane do szerokich kręgów społecznych są przykładem autentycznego humanizmu, który nakazuje splatać głęboką wiedzę z autentyczną mądrością. Nic więc dziwnego, że są przesycone nietuzinkowym moralizmem, zwłaszcza gdy bronią absolutnego charakteru norm moralnych i przestrzegają przed relatywizmem moralnym, który grozi absolutyzacją tego, co niższe w człowieczeństwie lub jest wręcz jego niegodne. Profesor Wielgus wypowiada się w nich na tak podstawowe tematy, jak fundamentalna dla wszystkich wymiarów życia społecznego waga kultury moralnej dla prawa stanowionego. Przestrzega przed niebezpieczeństwem “wojującego sekularyzmu”, ujawniającego się zwłaszcza w “ofensywie ideologii neomarksizmu i postmodernizmu”. Jej konsekwencją są wynaturzenia zwłaszcza w zakresie edukacji publicznej.
Z jakąż uwagą wsłuchiwało się katolickie społeczeństwo w niezapomniane listy profesora Wielgusa jako rektora KUL, wydane w dwóch tomach zatytułowanych symbolicznie “Bogu i Ojczyźnie. Uniwersyteckie przemówienia i listy” (Lublin 1996, 1999). Kreślił w nich wizję uniwersytetu znakomicie wpisującego się w pejzaż intelektualny i światopoglądowy naszej Ojczyzny. Jak ks. Radziszewski, ojciec naszej Alma Mater, prof. Wielgus widzi w katolickim uniwersytecie szczególne miejsce uprawiania i upowszechniania prawdy nieskrępowanej przez stereotypy funkcjonujące w dyskursie społecznym, nierzadko niechętne religii. Tak jak ks. Idzi Radziszewski upatruje jej cel w przygotowaniu elity intelektualnej katolicyzmu przeciwstawiającej się panowaniu antyreligijnych prądów, podkreślających rzekomą sprzeczność między światopoglądem religijnym a nauką. Nade wszystko jednak elita ta ma być zdolna do podjęcia aktywności społeczno-politycznej w duchu chrystianizmu, koniecznej wobec upowszechniania ideologii z nim sprzecznych. Równocześnie, tak jak ks. Radziszewski, uważa, że znaczenie katolickich uczelni w życiu społecznym wzrasta, jeśli będą dziełem inicjatywy społecznej, przez co troska o utrzymanie uczelni pośrednio inspirować będzie autentyczne zaangażowanie społeczne, kształtować “oświecony patriotyzm” i pogłębioną religijność.

Zasłużony dla KUL

To krótki zarys sylwetki intelektualnej prof. Wielgusa, jego świadectwo humanizmu chrześcijańskiego, świadectwo promocji człowieka, w której religia jest najlepszą drogą ochrony i wyniesienia idei człowieczeństwa; świadectwo humanizmu, w którym wierność prawdzie splata się z oddechem wolności chrześcijańskiego uniwersalizmu, swobodnie czerpiącego z osiągnięć kultury ludzkiej, pamiętając, że jej twórcą jest przecież nie kto inny, ale człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Gdzież zaś są zasługi prof. Wielgusa na polu dydaktyki, zwłaszcza w zakresie wypracowania szkoły edytorstwa mediewistycznego. Pisał prof. Markowski: “Biorąc pod uwagę słabą znajomość łaciny wyniesioną ze szkoły średniej przez maturzystów, małą liczebność studentów Wydziału Filozofii i dodatkowe wymogi stawiane uczestnikom tych seminariów (m.in. znajomość nauk pomocniczych historii, a zwłaszcza paleografii), trzeba z optymizmem zauważyć, że w Polsce, chociaż na jednej uczelni, jest taka specjalistyczna placówka dydaktyczna, która kształci w niełatwej sztuce wydawania średniowiecznych łacińskich tekstów filozoficznych”. Sprawności te wykorzystuje na KUL m.in. kierowany przez lata przez profesora Wielgusa Instytut Historii Kultury w Średniowieczu. A gdzież zasługi rektora Wielgusa na polu organizacji infrastruktury uniwersyteckiej, zwłaszcza odwagi, wytrwałości i skuteczności w budowie Collegium Jana Pawła II, kilkakrotnie większego od wysłużonych budynków uniwersyteckich. Gdzież skuteczność w trwałym zabezpieczeniu funduszów uniwersyteckich w czasach, gdy media pytały dramatycznie: “Czy uniwersytet przetrwa?”. Gdzież odwaga w poszerzeniu tradycyjnie humanistycznego profilu naszego uniwersytetu o Wydział Matematyczno-Przyrodniczy. Czy w końcu, gdzież odwaga przekształcenia małej, choć elitarnej uczelni w uniwersytet otwarty na trend wzrastającej scholaryzacji na poziomie wyższym, gdy w ciągu 9 lat kierowania uczelnią liczba studentów KUL-u wzrosła czterokrotnie, do 16 000, do czego ma prawo katolickie społeczeństwo, by na katolickiej uczelni kształcić swe dzieci. Dostrzegł to ówczesny przewodniczący Konferencji Rektorów Polskich prof. Michał Seweryński, późniejszy minister szkolnictwa wyższego i nauki, który w okolicznościowym numerze “Przeglądu Uniwersyteckiego” na 75-lecie KUL podziękował księdzu rektorowi Wielgusowi za “autorytet, doświadczenie i takt w wielu sprawach, prowadzonych przez Konferencję w kraju i za granicą. Był to czas odzyskiwania przez uczelnie wyższe należnej im autonomii i praw, czas kształtowania nowego charakteru Konferencji. Z tych względów działalność Księdza Rektora Stanisława Wielgusa w jej ramach, z jego zaletami osobistymi, i powaga tej szczególnej w Polsce uczelni, którą reprezentował, była dla nas wszystkich niezmiernie cenna”. Subtelny analityk rękopisów średniowiecznych okazał się znakomitym menedżerem, pokazując, że to, co katolickie, nie musi być nieśmiałe, nieporadne, nieskuteczne w świecie, w którym nazbyt często zwyciężają sprawnie rozpychające się łokcie i bezczelność układów.

Nie zapomnieliśmy. Dziękujemy!

Niech więc nasz najdostojniejszy, umiłowany przez współpracowników i uczniów laureat, czczony dzisiaj przede wszystkim jako uczony, umordowany pracą, którą przenikał tyleż respekt do człowieka, co rozniecał nieustannie płomień Ewangelii; niech przyjmie hołd Towarzystwa Naukowego KUL; nasz hołd: “za wybitne osiągnięcia naukowe w duchu humanizmu chrześcijańskiego”; za wiarę w twórczą moc człowieczeństwa, którą potrafił nie tylko z mocą głosić, ale nade wszystko urzeczywistnić w sposób eminentny, dając i w myśli, i w czynie przykład urzeczywistnionego humanizmu chrześcijańskiego.
Sam z upodobaniem zwykł przecież przywoływać adagium Lucjusza Anneusza Seneki, który ubolewał, że wdzięczność jest najrzadszą z cnót. W swych “Myślach” pisał: “na świecie jest wiele rodzajów niewdzięczników, tak jak wiele rodzajów złodziei i łotrów, lecz do najczęściej spotykanych należą ci, którzy wypierają się, że doznali dobrodziejstwa, ci, którzy doznane dobrodziejstwo ukrywają, ci, którzy za otrzymane dobrodziejstwo się nie odwdzięczają i najgorsi ze wszystkich – ci, którzy o doznanym dobrodziejstwie zapomnieli”.

Nie zapomnieliśmy. Dziękujemy!

http://www.naszdziennik.pl

“Historyczne koncepcje i paradygmaty uniwersytetu oraz jego model na przyszłość”

Wykład ks. abp Stanisława Wielgusa wygłoszony na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (2008-04-05)

Nagroda dla ks. abp. Wielgusa

Nagroda dla ks. abp. Wielgusa
“Za wybitne osiągnięcia naukowe w duchu humanizmu chrześcijańskiego” ks. abp prof. dr hab. Stanisław Wielgus został wyróżniony Nagrodą im. Księdza Idziego Radziszewskiego za rok 2007. Nagrodę – ustanowioną w roku 1974 – przyznaje Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Uroczyste wręczenie nagrody odbędzie się 4 kwietnia o godz. 16.00 w Auli im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego gmachu głównego KUL. Zasługi laureata przedstawi ks. prof. dr hab. Stanisław Janeczek. Po przyjęciu nagrody ks. abp Stanisław Wielgus wygłosi referat na temat: “Historyczne koncepcje i paradygmaty uniwersytetu oraz jego model na przyszłość”.

Dotychczas laureatami Nagrody im. Księdza Idziego Radziszewskiego byli między innymi: prof. Władysław Tatarkiewicz, prof. Stefan Świeżawski, o. prof. Mieczysław Krąpiec, prof. Anna Świderkówna, prof. Włodzimierz Fijałkowski i ks. prof. Czesław Bartnik.
MMP

Ścierwojady znowu w akcji

Jan Engelgard: Ścierwojady znowu w akcji Drukuj
Wpisał: Adam Wielomski
Publiczne pojawienie się abpa Stanisława Wielgusa podczas uroczystości wręczenia mu nagrody Towarzystwa Naukowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego za “wybitne osiągnięcia naukowe w duchu humanizmu chrześcijańskiego” – wywołało nerwowe wykonawców linczu medialnego z 2007 roku.
Pierwsze informacje demoliberalnych mediów sugerowały, że “nagroda dla abpa Wielgusa wywołuje oburzenie”. Po przeczytaniu tak zatytułowanej informacji okazywało się, że to “oburzenie” wyrazili… ks. Isakowicz-Zaleski, red. Terlikowski i Jarosław Gowin. To są ludzie, którzy w tamtym haniebnym czasie wylewali na Arcybiskupa kubły pomyj, kreując się na “moralne autorytety”. Teraz więc, kiedy abp Wielgus pokazał się publicznie i w dodatku otrzymał nagrodę – poczuli się zaniepokojeni.

W relacji PAP czytamy: “Przy pełnej sali rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ksiądz profesor Stanisław Wilk podziękował arcybiskupowi Wielgusowi za działania na rzecz uczelni i za to, że uczył młodzież profesjonalizmu i patriotyzmu. Odbierając nagrodę arcybiskup Wielgus podziękował zebranym za życzliwość, przyjaźń i solidarność, szczególnie w ciągu ostatniego półtora roku kiedy to – jak to ujął – stał się przedmiotem ataków i oszczerstw, które zostały zaplanowane przez określone siły, a realizowane posłuszne im media. Abp Wielgus wyraził wdzięczność za okazaną mu życzliwość. – Dziękuję za te wszystkie wspaniałe słowa, na które nie zasługuję – powiedział. Następnie wygłosił wykład “Historyczne koncepcje i paradygmaty uniwersytetu oraz jego model na przyszłość”.

Ks. Isakowicz-Zaleski skomentował to tak: “Moje zdziwienie polega na tym, że nagroda ta jest tylko dla Jego Ekscelencji, a nie dla oficerów Służby Bezpieczeństwa, którzy go przez wiele lat prowadzili. Ich zasługi na tym polu są przecież nieocenione”. Zaiste “finezyjne” stwierdzenie. To zdumiewające, że mimo ujawnienia wielu faktów, już po “aferze Wielgusa” – ludzie ci nadal podtrzymują swoje chore opinie. Wiemy już dzisiaj na pewno, że na podstawie ujawnionych dokumentów nie można było w żadnych przypadku wydać takiego wyroku, jaki wydano. Ponadto, jak się okazało, część dokumentów była sfałszowana. Więcej, z premedytacją nie dopuszczono do procesu lustracyjnego Arcybiskupa, bojąc się kompromitacji IPN, mediów, Prezydenta RP, dużej części polityków i oczywiście Terlikowskich et consortes. Najpierw IPN “nie mógł” zebrać dokumentacji i przesłać jej do sądu, mimo że wcześniej przekazywał je w jeden dzień innemu “autorytetowi” i “moraliście” red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Potem tak lawirowano, by do procesu nie doszło. Ścierwojady bowiem wolą bazować na pomyjach wylanych wcześniej, w nich czują się najpewniej. Wolą nadal kłamać, niż przyznać – myliliśmy się, przepraszamy.

Papież Benedykt XVI w liście do abpa Wielgusa pisał, by ten był nadal aktywny, nie znikał z życia Kościoła. Wiadomo, że Arcybiskup ciężko przeżył to, czego doświadczył, w tym też od katolików na usługach sił obcych chrześcijaństwu i Kościołowi. Był zdruzgotany, nie walczył, opuszczony też przez część hierarchii. Pewnie zdumiała go siła tępej nienawiści i chamstwa w wykonaniu ludzi mieniących się “publicystami katolickimi”. Trochę szkoda, bo z chamstwem i tupeciarstwem za ciężkie pieniądze trzeba walczyć, trzeba tych, którzy dokonują takich rzeczy nękać i piętnować, bo jeśli tego nie zrobimy będą jeszcze bardziej bezczelni. Miejmy nadzieję, że wykład w Lublinie i nazwanie rzeczy po imieniu coś w tej materii zmieni.

Jan Engelgard
http://blog.engelgard.pl/

B16 jako zakapturzony modernista

Adam Wielomski: B 16 jako zakapturzony modernista Drukuj
Wpisał: Marcin Musiał
Czy jest możliwe, że nasz papież Benedykt XVI jest zakamuflowanym postępowcem, lewakiem w sutannie, który umiejętnie zwodzi tradycyjnych katolików uwalniając Mszę Trydencką i publikując reakcyjną encyklikę „Spe salvi”?

Pytanie to wydaje się absurdalne, gdyż gdy się jest papieżem to nie ma sensu zwodzić i oszukiwać. Dlaczego miałby się ukrywać ze swoimi poglądami ktoś, kto ma „władzę kluczy” sięgającą w zaświaty, a prymat jurysdykcyjny i nieomylność w tym świecie? A jednak niektórzy moi znajomi z kręgów tradycjonalistycznych przyznających się do dziedzictwa abpa Lefebvre’a już próbowali mi tłumaczyć, że Benedykt XVI jest modernistą, który przywrócił starą Mszę i opublikował „Spe salvi”, aby odciągnąć wiernych od Bractwa św. Piusa X (FSSPX) i zniszczyć tradycjonalizm katolicki. Innymi słowy: im bardziej papież jest reakcyjny, tym samym lepiej i staranniej maskuje swój modernizm i makiaweliczny plan zniszczenia Tradycji w Kościele.

Póki podobne idee o „agenturalnym” charakterze Benedykta XVI głoszą tradycjonaliści z laikatu to pół biedy. Gorzej, że poglądy takie głosi się w pewnych środowiskach zupełnie poważnie. Ks. Rafał Trytek (sedewakantysta), w wywiadzie zamieszonym na prawica.net mówi: „Tradycyjny katolicyzm, który przez lata był w getcie, zaczyna się przyjmować wśród Polaków. Z drugiej strony jest problem… Benedykt XVI, który kusi wielu tradycjonalistów swoim konserwatywnym podejściem do liturgii. Będzie to powodowało, że dla wielu tradycjonalistów indult będzie całkowitym rozwiązaniem. Ale będzie też zwiększał się opór wśród tych, którzy zauważą, że poza podejściem do liturgii, nie zmienia się zbyt wiele. Ks. Ratzinger, tak jak podczas II Soboru Watykańskiego, tak i teraz pozostaje nadal modernistą”. Pogląd ten jest dziwaczny i – prawdę mówiąc – podejrzewałem, że przekonany o upadku Rzymu ks. Rafał nie zadał sobie trudu przeczytania „Spe salvi” (bo i po co? przecież papieże posoborowi ex definitione są modernistami).

Lektura marcowego numeru „Zawsze Wierni” (organ FSSPX) wskazała mi, że sytuacja jest znacznie poważniejsza: są środowiska tradycjonalistyczne, które dokładnie przestudiowały „Spe salvi” i stanęły na głowie aby znaleźć tu modernizm. Mam tu na myśli tekst ks. Patryka de La Rocque „Spe salvi facti sumus”. Znajdziemy tu wprawdzie słowa pochwały wobec encykliki za to, że nie jest kierowana do „ludzi dobrej woli”, ale do katolików, czy że nie ma tu optymistycznego nastroju z „Gaudium et spes”. Mimo to Benedykt XVI zostaje uznany za modernistę. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że jego zdaniem rozum kieruje wolą aby poznawała dobro i zło, ale rozum nie poznaje bytu i natury Boga, a tym samym „nie podkreśla się już możności osiągnięcia poznania bytu przez rozum, a zatem źródłem prawego działania pozostaje jedynie doświadczenie Boga”. To prawda – taki jest pogląd papieża. Jednak wbrew tezie ks. La Rocque nie ma to nic wspólnego z modernizmem. Jest to klasyczny augustianizm. Konsekwentnie, nie mamy tu do czynienia z krytyką modernisty (Benedykt XVI) przez tradycjonalistę (ks. La Rocque), ale z krytyką augustianisty przez tomistę, a więc z krytyką jednego prawowiernego nurtu teologicznego przez inny.

Po drugie, Benedykt XVI jest modernistą, gdyż znajdują u niego wpływy „doktryny luterańskiej”, a mianowicie przewaga roli łaski w zbawieniu względem uczynków. Charakterystyczne, że ks. La Rocque nie pisze „doktryny kalwińskiej”. Byłoby to już bliższe prawdy, gdyż łaska to centralny temat refleksji Kalwina, a nie Lutra. Ale wskazanie na Kalwina od razu dałoby skojarzenie z jego mistrzem (choć błędnie interpretowanym), a mianowicie ponownie ze św. Augustynem. Tak, ta krytyka ks. La Rocque to ponownie spór tomisty z augustinistą, gdzie nie o modernizm chodzi.

Po trzecie, Benedykt XVI miałby być modernistą dlatego, że rzekomo wypaczył chrześcijańskie pojęcie nadziei i miłości. Chrystus miałby nie po to umrzeć na krzyżu, aby otworzyć nam drogę do zbawienia, lecz po to, aby pokazać nam współczucie w naszych ludzkich cierpieniach. Gdyby papież tak uważał, to by znaczyło, że uważa Boga za masochistę, który zadaje sam sobie cierpienie, aby nam zrobiło się raźniej. Odpowiedź znów jest banalna: miłość (caritas) w nauczaniu św. Augustyna jest jednym z imion Ducha Świętego. A więc „miłość” nie ma w „Spe salvi” znaczenia ludzkiego (wyraz głębokiej sympatii), lecz ma znaczenie religijne, czego ks. La Rocque zupełnie nie pojął.

Pojawia się pytanie: dlaczego środowiska uznające się za tradycjonalistyczne zaatakowały Benedykta XVI? Oczywiście, może to wynikać z tragikomicznego faktu, że tradycjonalistyczny duchowny ks. La Rocque nie ma pojęcia o doktrynie św. Augustyna i atakuje jego nauki widząc w nich modernizm, a nie mniej tradycjonalistyczni przełożeni FSSPX drukują jego teksty, gdyż mają podobnie ograniczoną wiedzę. Mam jednak zbyt wiele szacunku dla głów z FSSPX aby tak myśleć. A może to Benedykt XVI stanowi dla nich problem? Spytajmy wprost: czy pojawienie się papieża-odnowiciela nie nakazuje postawić logicznego pytania o sens istnienia i sedewakantyzmu i FSSPX? „Mea doctrina non est mea” i nie wolno jej zmieniać. I gdy Kościół posoborowy zaczął ją zmieniać, to należało (w skrajnym wypadku) nawet oddzielić się od niego, aby doktrynę przechować nienaruszoną. To jasne. Ale skoro Kościół Benedykta XVI żegluje ku tradycyjnemu Magisterium, to jaki jest sens pozostawania poza oficjalnym Kościołem (sedewakantyzm) lub w stosunkach niedookreślonych (FSSPX)? W takiej sytuacji przestaje to mieć sens i trzeba albo poprzeć papieża-odnowiciela, albo – na siłę – dowieść, że jest on modernistą. Przy rozwiązaniu drugim pojawia się proste pytanie: po co? No właśnie, dlaczego tradycjonaliści nie chcą wrócić pod skrzydła tradycjonalistycznego papieża?

Gdy pociąg spotyka na swojej drodze ślepy tor to ma tylko dwa wyjścia: albo zawrócić, albo pomknąć do przodu. Tekst w „Zawsze Wierni” wydaje się udzielać odpowiedzi na to pytanie. Rączkę hamulca wyrzucamy za okno!

Adam Wielomski