Między faszyzmem a komunizmem

Ernst Nolte: Między faszyzmem a komunizmem Drukuj
Wpisał: Marcin Musiał
Dwa totalitaryzmy – faszyzm i komunizm – określiły oblicze XX wieku. To za ich sprawą wybuchła największa wojna tego stulecia. To także one przyczyniły się do tego, że po jej zakończeniu przez niemal pół wieku trwała konfrontacja mocarstw grożąca w każdej chwili nuklearną zagładą. Wszystkie te stwierdzenia wydają się dziś oczywiste, ale, gdy przyjrzeć się im bliżej, pozór oczywistości pryska. Jakie były historyczne związki między faszyzmem i komunizmem?

Czy można je uznać za równorzędne siły kształtujące rzeczywistość poprzedniego stulecia? Komunizm był przecież historycznie wcześniejszy – zarówno jako ideologia, jak i ruch polityczny. Jako pierwszy zdobył władzę i zaczął budować nowe społeczeństwo. Przetrwał też znacznie dłużej. Być może zatem należałoby rozumieć go jako przyczynę powstania faszyzmu. Taką właśnie tezę przedstawia Ernst Nolte, jeden z najwybitniejszych współczesnych historyków. Jego zdaniem nie da się zrozumieć faszystowskiej i nazistowskiej ideologii bez odniesienia do komunizmu. To właśnie komunizm w jego sowieckiej postaci po raz pierwszy pokazał światu, czym jest masowa eksterminacja całych grup społecznych. Komunistyczna ideologia miała przy tym charakter uniwersalny. Niosła z sobą obietnicę ustanowienia nowego ładu w skali całej planety. Nolte nie waha się użyć tu całkiem współczesnego terminu “globalizacja”. Komunizm był wizją nowego globalnego porządku politycznego, który jednak mógł zostać zaprowadzony tylko pod warunkiem całkowitego wyeliminowania klasy wyzyskiwaczy. Ta wizja najbardziej przerażała ideologów faszyzmu i nazizmu. Hitler zdaniem Noltego był przekonany, że postępy komunistycznej globalizacji może zatrzymać jedynie polityczny ruch posiadający tak samo silne przekonanie o własnej dziejowej misji. I tak samo dopracowaną wizję wroga, którego trzeba bezwzględnie zwalczać. Takim wrogiem dla przywódcy III Rzeszy stali się Żydzi, których stosunkowo łatwo można było propagandowo skojarzyć z komunizmem. Bez marksistowskiej walki klas nie byłoby nazistowskiego antysemityzmu. Bez Gułagu nie byłoby Auschwitz.

Ernst Nolte

historyk

Na samym początku XX stulecia ukazała się książka Anglika Williama Thomasa Stada zatytułowana “The Americanization of the World”. Od dziesiątków lat grupa myślicieli i polityków uważała, że w związku z emancypacją klas pracujących świat zmierza do socjalizmu, a wiek XX przyniesie ostateczny triumf tej nowej formy organizacji ludzkości. Kościół katolicki uważał natomiast, że jako strażnik pradawnych i zgoła wiecznych prawd potrafi stawić skuteczny opór zgubnemu procesowi sekularyzacji czy modernizacji, w jakim znalazła się ludzkość. W nurcie myślenia dominującym wśród liberałów na pierwszy plan wysuwały się od czasu oświecenia postępy cywilizacji lub proces cywilizowania – fundamentalne procesy, których ich zdaniem nie można było powstrzymać i które usprawiedliwiały optymizm panujący prawie wszędzie w pierwszej dekadzie stulecia.

Inne definicje tego fundamentalnego procesu posługiwały się często takimi pojęciami jak unaukowienie, demokratyzacja, przezwyciężenie zasady państwa narodowego, a także – chociaż na początku stulecia nie używano jeszcze tego terminu – globalizacja. Cechą wspólną tych wszystkich określeń jest to, że nadają one nazwę pewnej tendencji w dziejach świata, która napotyka wprawdzie różnego rodzaju opór, ale której przeznaczeniem jest przezwyciężyć wszelkie pozostałości tego, co było, i ostatecznie zatriumfować na całej ziemi. Jeśli natomiast postrzegać wiek XX między komunizmem a faszyzmem, to podstawową rzeczywistością nie jest rozwój obejmujący przezwyciężanie, lecz walka pomiędzy zjawiskami politycznymi, które należy charakteryzować w głównej mierze przez pryzmat ich ideologii. Czy jednak rzeczywiście wolno z komunizmem zestawić faszyzm jako siłę – przynajmniej okresowo – tej samej rangi, choć przecież różnice między nimi są aż nadto wyraźne?

Komunizm opiera się na pradawnej myśli ludzkości, którą jednak zwykle traktowano jako element treści pojęcia socjalizmu. Jest to myśl, że ludzkość powinna żyć zupełnie inaczej, niż żyje faktycznie od wielu stuleci: nie podzielona na wrogie ludy i narody, nie rozdarta w obrębie tych narodów na klasy, z których jedna, panująca, wyzyskuje drugą, podporządkowaną czy dyskryminowaną, zapewniając sobie przywileje, a nawet je dziedzicząc, lecz jak jedna rodzina, bez walk wewnętrznych i zewnętrznych takich jak rewolucje i wojny, a już na pewno bez ciemiężenia przez klasy kapłanów i arystokrację. W pierwszych dekadach XIX wieku pionierzy socjalizmu, tacy jak Robert Owen i Charles Fourier, bronili tej koncepcji z równym przekonaniem. Mieli licznych zwolenników, którzy woleli żyć w owych przejrzystych falansterach i wioskach jedności i współpracy, w których nie było sprofesjonalizowanych funkcji kierowniczych ani stałego podziału pracy, niż w tak zwanym nowoczesnym świecie charakteryzującym się nieprzejrzystością i nierównością. Fourier i Owen mogli zaś powoływać się nie tylko na silny egalitarny nurt oświecenia, lecz również na Tomasza Morusa i starożytne opowieści o państwie. Myśl ta pozostawała najwyraźniej utopią, chociaż coraz więcej czeladników zwało się teraz robotnikami i konkretyzowało swoje bynajmniej niebezprzedmiotowe nadzieje na poprawę warunków życia w wizji bezgranicznie szczęśliwej przyszłości nakreślonej przez Wilhelma Weitlinga: “To już kres mozołu”. Ruch robotniczy stał się zdolny do tworzenia historii tylko dzięki temu, że zniknęły odwołania do sytuacji panującej w najwcześniejszym okresie dziejów, która miała postać wspólnoty wiejskiej, a stanowi negatywnemu, kapitalizmowi, nadano znaczenie pozytywne. Na tym właśnie polegała zasługa marksizmu w dziejach świata – nie potępił on kapitalizmu, lecz uczynił go ni mniej, ni więcej tylko niezbędnym warunkiem socjalizmu. Jednak na swój sposób trzymał się wizji komunizmu pierwotnego, który jakoby nie znał własności prywatnej i który należy odzyskać na wyższym szczeblu. W praktyce zaś akcentował ideę krwawej ostatecznej rewolucji, mimo że powierzył jednak historii misję spowodowania zagłady ustroju kapitalistycznego i klasy przedsiębiorców w wyniku coraz większej koncentracji kapitału i coraz intensywniejszej konkurencji. Kiedy zatem Fryderyk Engels w ostatnich latach życia z optymizmem przepowiadał bezkrwawe zdobycie całej władzy politycznej przez jego partię, nie była to już utopia: w wyborach do Reichstagu w roku 1912 marksistowska Socjaldemokratyczna Partia Rzeszy Niemieckiej zdobyła jedną trzecią wszystkich miejsc i stała się najsilniejszą spośród niemieckich partii. Socjalizm zwyciężyłby więc dokładnie tak, jak sam zawsze przepowiadał. Tylko pod warunkiem przypisania ustrojowi liberalnemu i bynajmniej niedemokratycznemu jeszcze systemowi partyjnemu większej siły oporu przeciwko socjalizmowi opartemu na przemocy można było przewidywać w okresie powojennym szeroką konfrontację istniejącej już siły mającej wpływ na dzieje świata z pozbawionym jeszcze nazwy ruchem, który przeciwstawiał jej wojowniczym dążeniom równie wojownicze dążenia przeciwne. Najbardziej spektakularnym (choć w tamtych czasach nader trudno było go jeszcze tak postrzegać) symptomem takiego przyszłego rozwoju wydarzeń było przejście czołowej osobistości włoskiej Partii Socjalistycznej Benita Mussoliniego, zwanego przez niektórych jego towarzyszy Duce, na stronę zwolenników przystąpienia Włoch do wojny – i to nie tylko z pobudek konserwatywnych, lecz właśnie rewolucyjnych, skierowanych przeciwko kwietystycznemu pacyfizmowi własnej partii.

Każdemu rzucało się natomiast w oczy przejście prawie wszystkich socjalistycznych partii Europy na stronę swoich prowadzących wojnę państw, a zarazem okresowe pozbawienie znaczenia frakcji rewolucyjnych. A zatem już w roku 1915 można było z dużą pewnością przewidzieć, że po zakończeniu wojny nowego rodzaju socjalizm i nowego rodzaju antysocjalizm staną ze sobą w szranki. Nie było jednak jasne, czy tylko zmodyfikują one istniejący system partyjny, czy zgoła przejmą całą władzę. Wojna jako taka, mimo swych bezprecedensowych okropności, nie implikowała w sposób bezwzględny żadnej przyszłej drogi: najbardziej prawdopodobne było to, że także po zwycięstwie jednej ze stron całkowicie wyczerpani rywale utworzą pewien związek narodów, którego głównym impulsem będzie fundamentalnie pacyfistyczne hasło “nigdy więcej”. Tak oto fundamentalnym wydarzeniem XX wieku stało się to, że w powszechnie znanych okolicznościach rewolucyjno-pacyfistyczna frakcja rosyjskiej socjaldemokracji (która za swoje credo przyjęła komunizm i jeszcze przez długi czas posługiwała się nic niemówiącą nazwą bolszewizm) w wyniku rewolucji, będącej w rzeczywistości puczem przeciwko pozostałym frakcjom socjalistycznym, przejęła pod wodzą Lenina wyłączną władzę w kraju pokonanym przez Niemcy. To przejęcie władzy wywołało entuzjazm niemający precedensu w całych politycznych dziejach świata, ponieważ znacznie wykraczał on poza odetchnięcie, które wszędzie wywołuje zwykle koniec wielkiej wojny. “Wojna się skończyła, wojna się skończyła!” – wiwatowali według relacji Johna Reeda niezliczeni ludzie, jednak ich oczekiwania i nadzieje dotyczyły zupełnie innego wymiaru. Pewien stary robotnik zwrócił po przewrocie swą uszczęśliwioną twarz ku stolicy i powiedział: “Mój Piotrogród, cały należy teraz do mnie”. Podczas posiedzeń nowo założonej Międzynarodówki Komunistycznej ujawniła się wiara niemająca odpowiednika nigdzie na świecie: “Sowiecka Rosja jest jak wielki dzwon głoszący zbawienie całemu światu”, stwierdził angielski socjalista Tom Mann, a pierwsze odezwy i manifesty tej ogólnoświatowej partii głosiły między innymi, że zaczyna się teraz zupełnie nowy okres w dziejach świata, a mianowicie: “Epoka likwidacji kapitalizmu, jego wewnętrznego rozkładu, epoka komunistycznej rewolucji proletariatu (…) Musi ona złamać panowanie kapitał, uniemożliwić wojny, usunąć granice państw, zamienić cały świat we wspólnotę pracującą dla siebie samej, urzeczywistnić zbratanie i wyzwolenie ludów”. Niedługo później Komitet Wykonawczy Międzynarodówki Komunistycznej mógł już wystosować pismo do komunistów bawarskich, którzy tuż przedtem powołali do życia swą Republikę Rad. Głosiło ono: “Zaczyna się szturm. Pożar rewolucji proletariackiej bucha z niepowstrzymaną siłą w całej Europie (…) Marzenie najlepszych przedstawicieli ludzkości staje się rzeczywistością (…) Wybija godzina naszych ciemiężycieli. 1 maja 1919 roku musi być dniem przełomu, dniem rewolucji proletariackiej w Europie…”.

We współczesnym języku można by dodać, że po raz pierwszy w dziejach ludzkości globalizacja stała się tu celem realizowanym aktywnie i z entuzjazmem.

Już we wrześniu 1918 roku korespondent “Frankfurter Zeitung” Alfons Paquet (zdecydowanie lewicowy pisarz, którego narodowi socjaliści wykluczyli w roku 1933 z Pruskiej Akademii Literatury) pisał, że nadszedł czas, by “wezwać całą ludzkość do sprzeciwu wobec potworności dokonujących się teraz we wszystkich miastach Rosji: planowego unicestwiania całej klasy społecznej, niszczenia niezliczonych istnień ludzkich związanych tysiącem nici wykształcenia z innymi narodami ziemi (…) Miasta Moskwa i Petersburg drżą. (…) Winni i niewinni (…) są na podstawie samego tylko podejrzenia (…) zatrzymywani przez Nadzwyczajną Komisję i kilka godzin później rozstrzeliwani (…) Bez skrupułów rekwiruje się domy, mieszkania i wyposażenie mieszkań we wszystkich dzielnicach”. Równie rozpowszechniony i równie potężny jak entuzjazm był nieznany wcześniej strach, który szybko rozprzestrzenił się po całej Europie i którego niezwykle plastyczny, przerażający opis znalazł się nie tylko w licznych gazetowych relacjach, lecz także w książkach autorstwa między innymi ludowego socjalisty Mielgunowa, byłego komisarza sprawiedliwości Steinberga, oraz córki lekarza Aleksandry Rachmanowej, która wyemigrowała do Austrii. Świat stanął oko w oko z rzeczywistością jedyną w swoim rodzaju, nigdy wcześniej niespotykaną, której prefiguracją zaledwie mogły być czasy terroru rewolucji francuskiej: była to szeroko zakrojona eksterminacja społeczna, która – pośród niezliczonych przypadkowych czynów i reakcji, zamachów i białego terroru okresu wojny domowej – charakteryzowała się wysokim stopniem ideologicznej konsekwencji. Jeśli z jeszcze na poły feudalnego społeczeństwa caratu miało zostać utworzone bezklasowe społeczeństwo równych, to nie dało się uniknąć rzeki krwi. Dziś wiemy – w znacznej mierze z książek byłego oficera politycznego Armii Czerwonej Dimitrija Wołkogonowa – jak brutalna była wola eksterminacji, którą przesiąknięte były liczne rozkazy Lenina niewłączone do różnych wydań jego dzieł i bez wyjątku opierające się na głębokim przekonaniu, że kilkaset tysięcy zabitych w sprawiedliwej wojnie domowej jest bez znaczenia w porównaniu z milionami zabitych w imperialistycznej wojnie światowej spowodowanej przez burżuazję. W ten sposób zwycięstwo ideologii zakorzenionej głęboko w historii, ale w swej istocie skierowanej przeciwko historii, przyniosło bezprecedensowe zerwanie ciągłości kulturowej dające się szczególnie dobrze zilustrować dwoma prostymi faktami – pierwszy dotyczy jednostki, a drugi szerokich mas: oto pewnego kapłana rozstrzelano, ponieważ odprawił mszę żałobną za Mikołaja Romanowa, zaś przestępców w obozach koncentracyjnych uważano bynajmniej nie za użytecznych pomocników więziennego personelu

(jak później w obozach narodowosocjalistycznych), lecz za element pokrewny społecznie.

Czy można było sobie wyobrazić, że tak straszliwe zjawisko jak zwycięski po wywołanej przez siebie samego wojnie domowej bolszewizm, który posiadał we wszystkich krajach entuzjastycznych i bojowo nastawionych zwolenników, nie wywoła specyficznej reakcji w innych krajach Europy, którą chciał pokonać w roku 1920 pod Warszawą i której jeszcze w roku 1923 usiłował sprawić niemiecki październik? Socjalistyczna Partia Włoch wydawała się mieć dość siły, by przechwycić władzę w ojczyźnie katolicyzmu i przyłączyła się – choć z wahaniem i zastrzeżeniami – do Międzynarodówki Komunistycznej. Jednak właśnie w ten sposób powołała do życia partię nowego typu, której przewodził akurat ten człowiek, którego można by nazwać twórcą i pionierem włoskiego komunizmu okresu przedwojennego, czyli Benito Mussolini. Nikt, kto zajmował się historią Włoch w latach 1919 – 1922, nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że Partito Nazionale Fascista w swym najwcześniejszym okresie była bojowym ruchem antykomunistycznym, który w sposób przypominający wojnę domową, jednak budzący w społeczeństwie wiele sympatii, wziął górę nad swoim wrogiem. Wzajemny stosunek nie sprowadzał się jednak do samego “anty”, bowiem – wśród czołowych osobistości – nie tylko sam Mussolini wywodził się z ruchu socjalistycznego. Ta reakcja była zarazem rewolucją – taką jednak, która mogła wynieść jej wodza do władzy (a po pewnych zawirowaniach wręcz do władzy absolutnej) – tylko dzięki udzielonej z pewnym wahaniem pomocy tradycyjnych potęg, czyli monarchii, wojska i Watykanu. A zatem także faszyzm był fenomenem nowego rodzaju, bardziej zdecydowanie niż istniejące do tej pory partie przeciwstawiające się bolszewickiemu socjalizmowi, a jednak znacznie bardziej z nim spokrewnionymi niż liberałowie i katolicka Partia Ludowa. W całej Europie spotykał się z dużą sympatią, także ze strony angielskich mężów stanu, takich jak lord Curzon i Winston Churchill, ale entuzjazm wzbudził tylko w jednym miejscu, a mianowicie u bawarskich narodowych socjalistów i ich wodza Adolfa Hitlera.

Uważam jednak, że także w wypadku narodowego socjalizmu istotą ruchu był bojowy antykomunizm, i to antykomunizm w znacznie większym stopniu nacechowany ideologią. Opisy okrucieństw bolszewików, jakie Hitler przedstawia w swych wczesnych przemówieniach – opisy krwawej łaźni w Rosji, niesłychanej krwawej dyktatury, nawoływań do wojny domowej, zgubnej zasady bezwzględnej walki klasowej, chińskich katów w Petersburgu, masowego mordercy Lenina, 30 milionów ludzi, którzy nierzadko musieli umierać w prawdziwych rzeźniach, a po części w wyniku wywołanej świadomie klęski głodu, całkowitej eksterminacji przeciwników stanowiącej, jego zdaniem, nieuchronne następstwo zwycięstwa idei marksistowskiej czy wreszcie losu Rosji stukającego już do drzwi Niemiec – wydają się jeszcze wyłącznie emocjonalne i pozbawione ideologii. Oczywistą konsekwencją jest postulat artykułowany przez Hitlera ciągle i z niewielkimi modyfikacjami, że na tak straszne zjawisko jak bolszewizm radą może być tylko antybolszewizm o bolszewickiej determinacji, który pozostawił za sobą zgubną połowiczność i kompromisy partii mieszczańskich. W swojej mowie obrończej przed sądem ludowym w Monachium Hitler powiedział, że nie chciał zostać ministrem, lecz pogromcą marksizmu. Któż mógłby nie usłyszeć owego tonu bezwzględnej determinacji i radykalnej wrogości, gdy mianowany właśnie kanclerz Rzeszy w maju 1933 roku na I zjeździe Niemieckiego Frontu Pracy mówił: “Jeśli wciąż na nowo oświadczam narodowi niemieckiemu, że upatruję moje zadanie w tym, by unicestwić marksizm, to nie jest to tylko frazes, lecz święta przysięga, którą pragnę spełnić, dopóki oddycham. (…) Widzimy tu przed nami wroga naszego narodu i zlikwidujemy go, wyplenimy do ostatka, konsekwentnie i bezlitośnie”. Istnieją zatem dobre powody, by definiować narodowy socjalizm Hitlera jako antymarksizm, który chce unicestwić swojego wroga, przejmując i modyfikując niektóre jego główne cechy.

Hitlerowi nie brakowało jednak bynajmniej świadomości tego, że wróg nie jest wcale słaby ani godny pogardy, lecz stanowi potężne zjawisko, które w ten czy inny sposób cieszy się aprobatą lub sympatią 40 procent narodu niemieckiego i którego inicjator, Lenin, to gigantyczna postać. Jeśli zjawisku temu nie położy się kresu, przeobrazi ono świat równie gruntownie jak niegdyś chrześcijaństwo – jest zatem czymś w rodzaju religii, a nie tylko politycznym reżimem.

Wobec tego nadzwyczajnego zjawiska Hitler byłby bezradny i bezsilny, gdyby nie znalazł klucza, który dałby mu możliwość ustalenia i oskarżenia dającego się łatwo zidentyfikować sprawcy. W tym tkwi wewnętrzna przyczyna i konieczność jego antysemityzmu, bowiem dopiero sprowadzenie marksizmu i bolszewizmu do działalności Żyda pozwala mu rozwinąć filozofię historii, która jest odpowiednikiem – choćby na bardziej prymitywnym poziomie – tejże filozofii w marksizmie i stanowi uzasadnienie postulatu eksterminacji. Najbardziej pouczająca spośród wszystkich rozmów z Hitlerem, przeprowadzona przez jego mentora Dietricha Eckarta i opublikowana pośmiertnie w roku 1924, nosi tytuł: “Bolszewizm od Mojżesza do Lenina”. Jej charakterystycznym elementem jest przede wszystkim to, że Hitler odnosi się szeroko do Starego Testamentu i twierdzi, iż pod hasłem: “Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” Żydzi podburzali niższą warstwę Egipcjan, przygotowując w ten sposób swoje wyjście z Egiptu, któremu towarzyszyły mordy i rabunki. Rzuca się w oczy, że to światowy ruch bolszewizmu, a nie ukryte działania żydowskich finansistów, wywołuje nienawiść, gniew i zawziętość Hitlera, i że antysemityzm jest tylko środkiem umożliwiającym jemu samemu i jego zwolennikom ustanowienie punktu wyjścia dla rzekomo głębszego rozumienia sytuacji i konkretnej akcji politycznej.

Dlatego szczególny charakter zyskuje pewna wypowiedź z roku 1930, której zawartość merytoryczną można także dziś uznać za słuszną: “W ciągu tych 12 lat w Rosji setki tysięcy ludzi stracono, poddano torturom, dręczono, zamęczono na śmierć i nikt nie zaprotestował…”. Jednak oskarżenie sprawców, które na razie pominąłem, stanowi już zwrot zdeterminowany ideologią i nader emocjonalny, który nie może być merytorycznie słuszny: “przez pozbawionych człowieczeństwa żydowskich zbrodniarzy”. To samo dotyczy jednego z najistotniejszych zdań w “Mein Kampf”, do którego zresztą, mutatis mutandis, da się znaleźć paralele w najwcześniejszej literaturze antyrewolucyjnej XVIII wieku: “Teraz zaczyna się wielka ostatnia rewolucja. Zdobywając władzę polityczną, Żyd zrzuca te nieliczne zasłony, które jeszcze nosi. Demokratyczny Żyd ludowy przeobraża się w Żyda krwawego i tyrana ludów. (…) Najstraszliwszy przykład tego rodzaju stanowi Rosja, gdzie z iście fanatyczną dzikością, nierzadko wśród nieludzkich cierpień zabił on lub zamorzył głodem około trzydziestu milionów ludzi, aby zapewnić gromadzie żydowskich literatów i giełdowych bandytów panowanie nad wielkim narodem”. Nie tylko historyczno-filozoficzny, lecz bez mała metafizyczny charakter ma natomiast jedno z najczęściej cytowanych, z reguły jednak kwitowanych jedynie oburzeniem lub wzruszeniem ramion zdań z “Mein Kampf”: “Jeżeli Żyd z pomocą swego marksistowskiego credo podbije narody świata, jego panowanie będzie końcem ludzkości, a nasza planeta, bezludna jak przed milionami lat, będzie pędzić w eterze. (…) To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy, że broniąc się przed Żydami, walczę o dzieło Pana” (cytat wg: Adolf Hitler, “Moja walka”, przeł. Irena Puchalska i Piotr Marszałek, Krosno 1992, s. 49 – 50. – przyp. tłum.).

Jakże racjonalne i zrozumiałe wydają się w porównaniu z tym eksterminacyjne postulaty komunistów – jak choćby ten sformułowany przez pewnego fińskiego członka partii: klasa burżuazji to klasa rabusiów, zabójców, pustoszycieli, czyli klasa pasożytów, którą trzeba obalić, wywłaszczyć i usunąć. To właśnie liczne wulgarnie antysemickie zwroty Hitlera, a zwłaszcza jego opowieści o własnych rzekomych doświadczeniach w Wiedniu, uniemożliwiły uznanie wewnętrznej doniosłości takich stwierdzeń i ich wewnętrznego odniesienia do podstawowych poglądów marksizmu. Nie widzę powodu, by cofnąć moją tezę, że takie zdania antycypują Auschwitz, jakkolwiek do ostatecznej realizacji potrzebnych było wiele etapów pośrednich. Nie mogę również wyprzeć się zupełnie niepoprawnego politycznie poglądu, że bez eksterminacyjnej woli bolszewików i bez przerażenia przyszłych masowych morderców aktualnymi masowymi mordami – albo, mówiąc przenośnie, bez Gułagu – nie byłby możliwy Auschwitz. Można zatem, jak sądzę, pozytywnie odpowiedzieć na pytanie, czy komunizm i faszyzm, a dokładnie mówiąc bolszewizm i radykalny faszyzm z pierwszej połowy stulecia, były ekstremami bądź totalitaryzmami tej samej rangi, między którymi mieści się całe mnóstwo normalnych struktur i wydarzeń. Zbyt łatwo zapomina się, jak całkowicie bezprzykładna była droga Hitlera od największego upadku w roku 1919 po najwyższy szczyt panowania nad Europą w roku 1941 i jak mało prawdopodobna byłaby ta kariera, gdyby nadzwyczajne okoliczności i potężne sympatie nie utorowały jej drogi – drogi, na której ostateczne zwycięstwo jesienią 1941 roku wydawało się równie bliskie jak ostateczne zwycięstwo Lenina w roku 1920 podczas marszu jego wojsk na Warszawę. Także Hitlerowi jego wrogowie nie okazywali wyłącznie nienawiści i lekceważenia. Wielki izraelski myśliciel Yeshayahu Leibowitz nie wahał się nazwać go – nie zamierzając bynajmniej go chwalić – najbardziej charyzmatyczną osobowością w dziejach świata. Hitler oddziaływał również po śmierci, w drugiej połowie stulecia, którą cechował już nie antagonizm między komunizmem a faszyzmem, lecz bardziej pierwotny konflikt między komunizmem a kapitalizmem – komuniści niestrudzenie podkreślali, że antykomunizm Trumana, a nawet Kennedy’ego, należy uważać za bezpośrednią kontynuację antykomunizmu Hitlera. Było to stwierdzenie błędne, bowiem nie potraktowano poważnie różnicy między bojowością i brakiem bojowości. Jednak teza ta nie była chyba o wiele bardziej nieprawdziwa niż teza Hitlera o Żydach jako sprawcach wszystkich nieszczęść.

Jestem świadomy, że ten punkt widzenia może wywołać nieprzyjemne zdziwienie, a nawet oburzenie. Sądzę jednak, że można się z nim zgodzić, jeśli rozważyć go nie w sposób emocjonalny, lecz refleksyjny. Powiedziałem, że najwcześniejsze oświadczenia Międzynarodówki Komunistycznej szczególnie stanowczo i w niezwykle pozytywnym tonie artykułowały to, co dziś powszechnie nazywane bywa globalizacją. Właśnie to miał na myśli Hitler, wypowiadając się w skrajnie negatywnych słowach o groźbie najwyższej i największej tyranii władającej całym światem, która jego zdaniem stanowiła niewidzialne państwo żydowskie. Dlatego trzeba powiedzieć, że słowa “Żyd” i “państwo żydowskie” były dla Hitlera metaforami, konkretyzacjami sugerującymi coś znacznie szerszego i abstrakcyjnego, czyli właśnie globalizację lub proces homogenizacji świata. Hitler nie kierował się zatem wyłącznie urojeniem, lecz myślał o czymś jak najbardziej realnym. I arcyludzkie – choć z gruntu fałszywe – było to, że szukał konkretnych sprawców tego niepojętego procesu, sprawców, których można zaatakować. Chociaż jego “nie” stało w wyraźnej opozycji do “tak” bolszewizmu, to niemożliwe do przeoczenia podobieństwo polegało na tym, że także bolszewicy dążyli do unicestwienia bynajmniej nie tylko ustroju kapitalistycznego, lecz konkretnej klasy przedsiębiorców czy kapitalistów. Nie może być tu zatem mowy o utożsamieniu, ale równie niesłuszne byłoby zdecydowane przeciwstawienie.

Dotyczy to również wzajemnej relacji między Gułagiem i Auschwitz. Gułag jest nie tylko wcześniejszy, lecz stanowi także wewnętrzny warunek Auschwitz – jak można by łatwo wykazać na podstawie pewnych ustawicznie przeoczanych lub wypieranych ze świadomości wypowiedzi Himmlera i Hössa. Zarazem jednak zasadniczo się od niego różni, i to nie tylko dlatego, że jego istotą była eksterminacja społeczna zamiast gorszej w sensie antropologicznym ekstermnacji biologicznej, lecz dlatego, że jego inicjatorzy uważali, iż wspierają nadrzędny proces globalizacji, podczas gdy Hitler chciał go akurat zatrzymać.

Jeśli jednak rzeczywiście wolno przywołać tu arcyludzkie urojenie głoszące, że proces historyczny można przypisać pewnej małej grupie sprawców i zatrzymać go przez ich eksterminację, to mimo wszystko nie można wykluczyć, iż określone grupy ludzi mają do tego szczególnie wyraźny stosunek. Zwykłe pomijanie żydowskiego mesjanizmu oznacza niezasłużone deprecjonowanie judaizmu, a lektura wypowiedzi “wielkich Żydów”, jak choćby Mosesa Hessa, Simona Dubnowa, Franza Borkenaua i George’a Steinera, daje zupełnie inny obraz. George Steiner wyraźnie nazywa marksizm żydowską wiarą, a Franz Borkenau przyznaje, że straszne mity narodowych socjalistów zawierają ziarno rzeczywistości, które ujmuje bez porównania głębszy aspekt, niż czyni to powierzchowna polemika Arnolda Toynbeego, do której się ustosunkowuje.

A zatem interpretacja, która wywołuje tak wiele niemiłego zdziwienia – ponieważ nie pojmuje tych ekstremów czy filarów, pomiędzy którymi można zlokalizować wiek XX jako dwóch równoległych tworów (które u kresu epoki w równym stopniu poniosły klęskę lub się rozpadły), lecz sytuuje je we wzajemnej relacji oryginału i imitującego go derywatu, co stanowi paradygmat historyczno-genetycznej teorii totalitaryzmu – zdaje się zmierzać do czegoś wręcz przeciwnego, niż ujmuje to zarzut zawarty w pochopnym oburzeniu: nie do bagatelizowania narodowosocjalistycznego radykalnego faszyzmu i relatywizowania Auschwitz, lecz do pochwały globalizacji, która w XX wieku wzięła górę nad swym najzacieklejszym wrogiem oraz błądzącym przyjacielem i doprowadziła do rozpoczęcia nieposiadającej już charakteru historycznego epoki cywilizacji światowej. Schemat rozwoju okazałby się więc bardziej adekwatny niż schemat walki, a patrząca wstecz, zagłębiająca się w szczegóły nauka o historii zyskałaby przekonującą interpretację, w ramach której paradygmat historyczno-genetycznej teorii totalitaryzmu byłby jednym z wielu. Szeroko rozpowszechnione w Niemczech i służące wychowywaniu narodu opisy historii ad usum delphini Teutonici mówiące o jednym prześladowaniu, jednym masowym mordzie i jednym złu zajęłyby wtedy również odpowiednie dla siebie, czyli podrzędne miejsce – tak jak to się już stało w wypadku dzieł Paula Johnsona i Fran?ois Fureta.

Jednak obraz dziejów XX wieku oglądany z perspektywy początku wieku XXI sprawia, że także ta koncepcja wydaje się niewystarczająca. Komunizm i faszyzm, a nawet zimna wojna, którą można traktować jako dogrywkę ich walki, już nie istnieją, przynajmniej jako siły wpływające na dzieje świata, posiadające własne państwa. Kto jednak odwróciłby definicję Jules’a Monnerota, że komunizm to islam XX wieku, i twierdził, że islam czy też islamizm to komunizm XXI wieku, byłby w głębokim błędzie. Tak jak niegdyś komunizm obecnie islamizm pragnie siłą ustanowić jedność świata. Tak jak faszyzm czuje się on jednak zagrożony przez nadrzędną globalną tendencję, która w jego oczach jest zła i zasługuje na potępienie, ponieważ grozi zniszczeniem dziedzictwa historycznego, z którego jest dumny. Z jego punktu widzenia nie ma globalizacji jako takiej, jest tylko globalizacja komercyjna, amerykańska. Potrafi on łączyć się z różnorodnymi dążeniami Trzeciego Świata, a w pewien sposób sam jest ich częścią. Zwycięskie wojny Amerykanów z poszczególnymi krajami islamskimi nie zmieniłyby istotnie sytuacji. Tak jak wiele wydarzeń XX wieku usytuowanych było między komunizmem i faszyzmem jako skrajnymi filarami, to, co przyniesie wiek XXI, może rozgrywać się głównie między amerykańską globalizacją i konserwatywno-rewolucyjnym oporem Trzeciego, zwłaszcza islamskiego Świata. Wbrew woli wszystkich aktorów może kiedyś wyłonić się z tego konkretny, nieimperialistyczny uniwersalizm i prawdziwa jedność świata, o której nie będą decydowały już tylko USA i Izrael. Nauka będzie wtedy mogła w pełniejszy sposób wykonać swe podstawowe zadanie i właściwie ocenić zarówno komunizm, jak i faszyzm, które miały tak kluczowe znaczenie dla XX wieku.

przeł. Adam Peszke

Mussolini mógł zostać komunistycznym dyktatorem

Zależność brunatnego totalitaryzmu od komunistycznego wzorca widać już wedle Noltego na przykładzie włoskim. “Partito Nazionale Fascista w swym najwcześniejszym okresie była bojowym ruchem antykomunistycznym, który w sposób przypominający wojnę domową wziął górę nad swoim wrogiem. Wzajemny stosunek nie sprowadzał się jednak do samego “anty”, bowiem – wśród czołowych osobistości – nie tylko sam Mussolini wywodził się z ruchu socjalistycznego.

Ta reakcja była zarazem rewolucją – taką jednak, która mogła wynieść jej wodza do władzy. A zatem także faszyzm był fenomenem nowego rodzaju, bardziej zdecydowanie niż istniejące do tej pory partie przeciwstawiającym się bolszewickiemu socjalizmowi, a jednak znacznie bardziej z nim spokrewnionym niż liberałowie i katolicka Partia Ludowa”.

Ernst Nolte, ur. 1923, historyk niemiecki, jeden z najwybitniejszych badaczy totalitarnych ruchów politycznych XX wieku, obecnie emerytowany profesor na Freie Universität w Berlinie. Rozgłos przyniósł Noltemu spór historyków (1986 – 1987), który wywołały jego twierdzenia o nazizmie jako obronnej reakcji na komunizm. Ogromne kontrowersje wywołały również jego późniejsze twierdzenia dotyczące Holocaustu – Nolte starał się dowodzić m.in., że hitlerowski antysemityzm miał swoje racjonalne jądro związane z zaangażowaniem wielu Żydów w komunizm. Inne ważne publikacje Noltego to m.in. “Die faschistischen Bewegungen” (1977) oraz “Der europäische Bürgerkrieg 1917 – 1945: Nationalsozialismus und Bolschewismus” (1987). W “Europie” nr 205 z 8 marca br. opublikowaliśmy wywiad z nim “O pokrewieństwie faszyzmu i komunizmu”.

dziennik.pl

O apostazji Tomasza Węcławskiego

O apostazji Tomasza Węcławskiego Drukuj
Wpisał: Adam Wielomski
DZIENNIK publikuje wywiad z o. prof. Jackiem Salijem, jednym z najbardziej znanych teologów, jakiego po raz pierwszy po latach milczenia udzielił. O. Salij wyjaśnia w nim, czy można na drodze intelektualnej utracić wiarę w boskość Chrystusa, co stało się powodem odejścia z Kościoła teologa prof. Tomasza Węcławskiego.
O. Salij tłumaczy też, co to jest tzw. teologia liberalna, w którą wpisują się poglądy prof. Węcławskiego, i jakie są konsekwencje zakwestionowania boskości Chrystusa. “Jeżeli Chrystus nie jest Synem Bożym, chrześcijaństwo rozsypuje się w gruzy i staje się czymś absurdalnym” – mówi. Jako główne powody odchodzenia chrześcijan od wiary wskazuje powrót do religijności pogańskiej oraz zawieszenie w życiu któregoś z Bożych przykazań. Mówi także o stosunku Kościoła do polityki, uznając za błąd doprowadzenie do sytuacji, w której wielu ludziom bycie chrześcijaninem kojarzy się z byciem zwolennikiem prawicy.

Bogumił Łoziński: W ostatnich czasie głośno było o wystąpieniu z Kościoła katolickiego znanego teologa, wcześniej księdza, prof. Tomasza Węcławskiego. Analiza jego wykładów wskazuje, że powodem tego kroku była refleksja teologiczna prowadząca do utraty wiary w boskość Chrystusa. Czy można stracić wiarę na drodze intelektualnych dociekań?

O. prof. Jacek Salij: Św. Paweł mówi, że wiara to skarb wielki, który Bóg złożył w gliniane naczynia. Ze względu na kruchość naczynia stosunkowo łatwo skarb ten utracić. Wprawdzie nie umiem sobie wyobrazić, że również moja wiara mogłaby ulec podobnemu roztrzaskaniu, to jednak zamiast osądzać to, co się stało z Tomaszem Węcławskim, wolę sobie przypomnieć inne jeszcze słowa apostoła Pawła: “Ten, komu się zdaje, że stoi, niech uważa, żeby sam nie upadł”.

Odnosząc się do pytania, proponuję spojrzeć na nie z drugiej strony: czy na drodze intelektualnych poszukiwań można dojść do wiary? Właśnie na tej drodze szukał wiary św. Augustyn, badacz niezwykle inteligentny, któremu żarliwie zależało na poznaniu prawdy. Kiedy jednak w końcu osiągnął niezachwianą pewność, że prawda ostateczna znajduje się w Kościele katolickim, zarazem wiedział z całą pewnością, że wciąż jeszcze jest człowiekiem niewierzącym.

Czyli intelektualne dojście do przekonania, że prawdy wiary przekazywane w Kościele katolickim są słuszne, nie oznacza jeszcze wiary?

Gdyby św. Augustyn dysponował wyrazem „światopogląd”, powiedziałby zapewne, że w tamtym momencie, chociaż dopracował się już katolickiego światopoglądu, to jednak nie umiał jeszcze uwierzyć.

Światopogląd to poniekąd ciało wiary, jej duszą jest zanurzenie się w Bogu, który żyje, kocha, obdarza i którego ja mogę kochać i Jemu się zawierzać. Dopiero w relacjach z Bogiem poszczególne prawdy wiary składające się na katolicki światopogląd nabierają właściwego im sensu. Jeżeli mojej wiary nie będzie ożywiała miłość Boga i bliźnich, jeżeli nie będą jej ożywiały moje żywe relacje z Bogiem, mój światopogląd będzie jak martwe ciało, które podlega nieuchronnemu rozkładowi.

W takim razie czym jest wiara?

Wiara to uzdolnienie do osobowych relacji z Bogiem. Jest ono darem łaski, bo przecież sami z siebie niewiele możemy wiedzieć o tym, jak bardzo Bóg nas kocha i że chce się z nami zaprzyjaźnić. Augustyn poczuł się człowiekiem wierzącym dopiero w momencie, kiedy pod wpływem słów apostoła Pawła ogarnęła go pewność, że Bóg uzdolni go do tego, co go zupełnie przekraczało. Jak wiadomo, Augustyn po latach nieliczenia się z Bożymi przykazaniami wiedział, że pełna wierność przykazaniom, zwłaszcza w sferze seksualnej, przekracza jego siły, jest dla niego czymś nieosiągalnym. W momencie, kiedy powiedział swoje “tak” Chrystusowi, wiedział, że jest to zarazem bezwarunkowe “tak” Bożym przykazaniom. Równocześnie wiedział, że łaska Boża uzdolni go do tego, do czego sam z siebie byłby niezdolny.

Można też powiedzieć, że wiara jest przestrzenią naszego dojrzewania do życia wiecznego. Tomasz z Akwinu powie, że jest ona zalążkiem życia wiecznego w nas, początkiem tego przekraczającego wszelką wyobraźnię poznania Boga, które będzie naszym udziałem w życiu wiecznym. To wyjaśnia trochę, dlaczego wierze nieraz towarzyszą ciemności. Ich źródłem jest brak proporcji między nieskończonością Boga i skończonością naszych umysłów, ale również pochodząca z naszych grzechów ciemna nieufność wobec Niego. Dopiero światło łaski może te ciemności rozświetlić – i wówczas to, że Bóg jest nieskończony, zaczyna nas fascynować, a w miejsce niesprawiedliwych wobec Boga podejrzeń przychodzi wręcz dziecięce zawierzenie się Bogu.

Czy w świetle tych definicji można powiedzieć, że prof. Węcławski, kwestionując boskość Chrystusa, porusza się w sferze intelektu, a nie wiary?

Moja własna intelektualna przygoda z wiarą potwierdza starą intuicję przypomnianą w encyklice “Fides et ratio”, że rozum i wiara wzajemnie się wzbogacają i wzajemnie potrzebują. Jeżeli ktoś sądzi, że rozum należy od wiary odciąć, to ja takiej postawy nie rozumiem.

Kwestionowanie boskości Chrystusa na drodze intelektualnych dociekań wpisuje się w nurt tzw. teologii liberalnej, która programowo odcina się od wiary. Choć to dziwne, już od dwóch wieków rozwija się ona na wydziałach teologicznych, zwłaszcza protestanckich, ale również katolickich, i położyła ogromne “zasługi” w dziele dechrystianizowania Europy. Dość sobie uświadomić, że na teologię z zasady zgłasza się młodzież głęboko wierząca, pragnąca przygotować się do posługi duchownego lub nauczyciela religii. Łatwo sobie wyobrazić, jakimi głosicielami wiary jest później wielu z nich, jeżeli podczas studiów ich profesorowie, zamiast pomagać im w pogłębieniu wiary, raczej ją niszczyli. Patrząc z tej perspektywy, mam sporo szacunku dla decyzji prof. Węcławskiego.

Jakie są założenia tzw. teologii liberalnej?

Teologię liberalną cechują dwa wyrosłe z mentalności oświeceniowej założenia. Po pierwsze negacja udziału Boga w naszych ludzkich sprawach. Praktycznie oznaczało to zwątpienie nie tylko w Bożą Opatrzność, ale nawet w realność Bożego objawienia, również tego, jakie się dokonało w Jezusie Chrystusie. Z odrzucenia zaś objawienia wynika drugi aksjomat teologii liberalnej: że postać Chrystusa została utworzona przez wiarę Kościoła i radykalnie różni się od historycznej osoby Jezusa z Nazaretu. Stąd pragnienie dotarcia do “prawdziwego” Jezusa jest od stu pięćdziesięciu lat niemal obsesją teologów liberalnych.

Spokojną, ale druzgocącą krytykę teologii, a zwłaszcza biblistyki liberalnej, przeprowadził obecny papież w książce pt. “Jezus z Nazaretu”. Przede wszystkim wykazał jej doktrynerstwo: że jej tezy wynikają zazwyczaj z uprzednio przyjętych założeń, zamiast z rzetelnego wczytania się w teksty źródłowe. Wykazał, że jest to biblistyka bardziej ideologiczna niż naukowa.

Jakie są konsekwencje odrzucenia boskości Chrystusa dla chrześcijaństwa?

Jeżeli Chrystus nie jest Synem Bożym, to pustym słowem jest Jego orędzie, że Bóg tak umiłował świat, że dał nam swojego Syna; to Eucharystia nie jest spożywaniem Jego Ciała i Krwi; to w Jego ukrzyżowaniu nie było nic przełomowego i wcale On nie zmartwychwstał. Jeżeli Chrystus nie jest Bogiem, to – korzystam teraz ze sformułowań z 15 rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian – daremna jest nasza wiara i aż dotąd pozostajemy w grzechach, i jesteśmy bardziej od innych ludzi godni politowania. Słowem: chrześcijaństwo rozsypuje się w gruzy i staje się czymś absurdalnym.

Co prawda, już w starożytności istniało chrześcijaństwo ariańskie kwestionujące boskość Chrystusa. Dobrze jednak jest sobie przypomnieć, że całkiem nieźle przygotowało ono (razem z donatyzmem i gnostycyzmem) Azję Mniejszą oraz Afrykę Północną, ziemie przedtem chrześcijańskie, pod przyszłe zwycięstwo islamu.

Jeśli założymy, że profesorowie i studenci z Uniwersytetu La Sapienza, którzy protestowali przeciwko obecności Benedykta XVI na tej uczelni, są ludźmi odrzucającymi wiarę w Chrystusa, to ich postawa była konsekwentna: chrześcijaństwo jest dla nich absurdem, przeczy rozumowi, więc nie chcieli słuchać jego przedstawiciela.

Sprzeciw wobec odwiedzin papieża był zapewne tylko pretekstem. To była raczej manifestacja przeciwko pluralizmowi uniwersytetu, akt propagandy na rzecz zdominowania uczelni przez mentalność ateistyczną. Wojujący ateizm dał popis swoich marzeń na temat społeczeństwa przyszłości. Mnie wydarzenia z Uniwersytetu La Sapienza natychmiast skojarzyły się z własnym doświadczeniem. W latach sześćdziesiątych nie wolno mi było jako księdzu przyjść otwarcie na zaproszenie chorego do szpitala, bo przecież szpital był państwowy, a nie wyznaniowy.

Dlaczego współcześni ludzie tracą wiarę?

Wydaje się, że dzisiaj częściej odchodzą od wiary, niż ją tracą. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, jaką rewolucję religijną spowodował biblijny judaizm ze swoją zasadą cotygodniowego święta i codziennej modlitwy. Ogromnie pomogło to zrozumieć, że Bóg nas kocha, że Mu na nas zależy, a nawet chciałby się z nami przyjaźnić. Bóg pogański był gdzieś daleko. Religijność pogańska nie tylko nie odczuwała potrzeby regularnego kontaktu z bogiem, ale nieraz doświadczała lęku, aby nadmiernym naprzykrzaniem się bogu nie narazić się na jego gniew z tego powodu, że próbujemy się z nim spoufalić. W tekstach starogreckich znajdziemy wiele świadectw tego lęku.

Współczesne zjawisko odchodzenia od praktyk religijnych ma wiele cech zwyczajnego regresu do dawnej religijności pogańskiej. Wielu współczesnych chrześcijan podobnie jak dawni poganie też tylko kilka razy w ciągu roku spełnia akty kultu, też w zasadzie uznaje Pana Boga i liczy na Jego opiekę, a w chwilach trudnych ucieka się do Niego szczególnie. Zarazem do głowy takim ludziom nie przyjdzie, żeby się z Bogiem zaprzyjaźnić. Tak jakby swoją wiarę wprowadzali w stan hibernacji.

Drugim, też bardzo skutecznym, sposobem odchodzenia od wiary jest częściowe zawieszenie w swoim życiu któregoś z Bożych przykazań. Współcześnie taki mechanizm odejścia od Boga odbywa się najczęściej poprzez zakwestionowanie trzech przykazań Dekalogu: nie zabijaj, nie cudzołóż i nie kradnij.

Czy często spotyka się ojciec z ludźmi deklarującymi się jako niewierzący?

Niektórzy nazywają się niewierzącymi, mimo że nimi nie są, a tylko zaniedbali się w chodzeniu do kościoła albo nie lubią księży. Bardzo bym przestrzegał przed manierą zbyt łatwego nazywania siebie człowiekiem niewierzącym. Nasze słowa mają tajemniczą siłę sprawczą. Jeżeli zacznę się nazywać tym albo tamtym, w końcu naprawdę stanę się tym, kim się nazywam.

Jednym z obowiązków ludzi wierzących jest apostolstwo. Jak je realizować we współczesnym świecie?

Prawie nigdy mnie o to wierni nie pytają i zapewne ujawnia się tu wielka słabość naszego katolicyzmu. Wydaje się, że jako katolicy jesteśmy letni w wierze, za to pełni roszczeń i krytyk pod adresem Kościoła.

Natomiast często zwierzają mi się ludzie ze swoich niepokojów, czy nie zaparli się Chrystusa swoim milczeniem, kiedy w różnych kameralnych sytuacjach atakowano wiarę albo Kościół. Zazwyczaj radzę wówczas mniej więcej tak: jeżeli nie czujesz się na siłach podjąć takie wezwanie do rozmowy na temat wiary, to przynajmniej powiedz, że jesteś katolikiem i że taki sposób mówienia o twojej wierze lub o twoim Kościele sprawia ci przykrość.

Jeżeli zaś idzie o apostolstwo, to tak by się chciało, żebyśmy naprawdę starali się przekazać wiarę przynajmniej swoim dzieciom. Wystarczy chcieć słyszeć i poważnie traktować przynajmniej te pytania, jakie one same nam zadają. Niestety, nieraz rodzice nawet te okazje marnują. “Zapytaj o to katechetę” albo: “Jeszcze tego nie zrozumiesz” – mówią wówczas nieraz i uciekają w ten sposób od pytań swoich własnych dzieci. Przecież rodzice tracą w ten sposób niebywałą szansę ożywienia własnej wiary, a swoim dzieciom przekazują groźny komunikat, że wiara to nic ważnego.

Jedną z prawd wiary jest stwierdzenie, że Bóg nas kocha. Jednak dla wielu współczesnych, nawet deklarujących wiarę, miłość Boga jest abstrakcyjna. Twierdzą, że jej nie doświadczają, że Bóg o nich zapomniał. Z czego wynikają te problemy w relacji Bóg – człowiek?

To jest problem wszechobecnego dziś egoizmu. Wydaje się, że mamy niewielkie szanse realnego doświadczenia miłości Bożej, jeżeli prawie nie rozumiemy tego, czym jest miłość, jeżeli może nigdy nie byliśmy naprawdę bezinteresowni. Jeszcze gorsza wydaje się sytuacja duchowa takich ludzi, którym nawet w dzieciństwie zabrakło prawdziwej miłości. Sądzę, że to tutaj leży źródło podejrzeń, że może Ewangelie kłamią i Bóg wcale nas nie kocha.

Przyszedł do mnie kiedyś licealista, który zwątpił w ogóle w sens życia, a nawet w miłość swojej matki, bo “co to za miłość, skoro napędzają ją hormony”. Ja mu na to: “Tak, nie potrafię ci udowodnić ani tego, że życie ma sens, ani tego, że istnieje prawdziwa miłość. Ale spróbuj udowodnić to sobie sam. Spróbuj, tak jak potrafisz, uczynić miłość i bezinteresowność programem swojego życia. Z pewnością będzie ci to wychodziło kulawo, ale przekonasz się, że miłość istnieje naprawdę i że jest czymś realnym i wspaniałym”.

Miłość jest możliwa, nawet kiedy po ludzku wydaje się już zupełnie niemożliwa. Świadkami tej prawdy są choćby Janusz Korczak czy Maksymilian Kolbe. Jeżeli zaś ktoś stara się czynić miłość, to już mu bardzo blisko do tego, żeby kochać Pana Boga.

Badania socjologiczne pokazują, że w Polsce maleje liczba wiernych chodzących co niedzielę do kościoła. Niektórzy wieszczą kryzys Kościoła i sugerują, że powinien on dostosować swoją doktrynę do prądów współczesnego świata. Jaka jest opinia ojca na ten temat?

Pierwszy kryzys, jaki wspólnota uczniów Chrystusa przeżyła jeszcze przed Wielkim Piątkiem, opisany jest w szóstym rozdziale Ewangelii Jana. Jego przyczyną było zgorszenie z powodu obietnicy eucharystii. Wówczas “wielu uczniów Jezusa się wycofało i już z Nim nie chodziło. Jezus zapytał wtedy Dwunastu: Czyż i wy chcecie odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”.

To tylko partie polityczne są silne poparciem swoich zwolenników i tracą na znaczeniu, kiedy ludzie odmawiają im swego poparcia. Kościół ma być silny swoją wiernością nauce Chrystusa, a tę powinien głosić – jak to sformułował apostoł Paweł – “w porę i nie w porę”. Zarówno wtedy, kiedy ona ludzi do niego przyciąga, jak i wtedy, kiedy z jej powodu ludzie się do Kościoła zrażają.

Na przykład ostatnie natarcie tzw. oświeconej opinii publicznej na Kościół, ażeby zmienił swoje stanowisko na temat metody in vitro, bardzo przypomina analogiczny spór o aprobatę dla sterylizacji eugenicznej, jaki miał miejsce zwłaszcza w okresie międzywojennym. Kolejne kraje europejskie uchwalały ustawy o przymusowej sterylizacji “jednostek małowartościowych” ze względu na zdrowie społeczne, a protest Kościoła przeciw temu barbarzyństwu odbierany był wówczas przez ludzi oświeconych jako przejaw zacofania, z którego wcześniej czy później Kościół będzie musiał się wycofać. Kiedy w 80 lat po wprowadzeniu tej “postępowej” ustawy w Szwecji dokonano podsumowania dokonanych przez nią spustoszeń, stało się jasne, że Kościół bronił wówczas godności ludzkiej nas wszystkich.

Czy Kościołowi w Polsce nie szkodzi zbytnie zaangażowanie polityczne duchownych, np. popieranie określonych partii?

Jedni mówią, że zbytnie, drudzy, że za małe. Myślę, że cokolwiek by Kościół robił, ludzie i tak będą go krytykowali. Zarazem trudno nie przyznać, że nieraz Kościół krytykowany jest słusznie.

Czy w imię zasady apolityczności biskupi nie zwalniają się z obowiązku oceny moralnej niepokojących zjawisk politycznych? Ograniczają się do krytyki programu partii lewicowych, praktycznie nie oceniając ugrupowań prawicowych.

Z pewnością błędem jest doprowadzenie do sytuacji, w której wielu ludziom bycie chrześcijaninem kojarzy się z byciem zwolennikiem prawicy. To prawda, że w naszych czasach ludzie lewicy stanęli niemal gremialnie po stronie moralnego relatywizmu i partie lewicowe mają w swoich programach poparcie dla legalnej aborcji albo jeszcze większe zliberalizowanie prawa rozwodowego, co musi budzić sprzeciw z punktu widzenia wrażliwości chrześcijańskiej. Może jakimś chrześcijanom udałoby się stworzyć taką partię lewicową, która potrafiłaby zdystansować się od charakterystycznego dla współczesnej lewicy relatywizmu moralnego. Tradycyjny socjalizm, choć miał historycznie uwarunkowane alergie antykościelne, był postawą moralnie piękną, starał się bronić ludzi pokrzywdzonych i zmarginalizowanych. Coś bardzo niedobrego stało się w obozie lewicy, że zwyciężył w niej moralny relatywizm. Marzy mi się w Polsce partia lewicowa, z którą dałoby się wchodzić w sojusze, np. w obronie życia poczętego.

http://www.dziennik.pl

Świat bez Kościoła

Tomasz Teluk: Świat bez Kościoła Drukuj
Wpisał: Adam Wielomski
Usilne starania, aby usunąć Kościół z życia publicznego, są próbą ukrycia faktu, że współczesna cywilizacja zachodu nie istniałaby bez Kościoła Katolickiego, tak jak bez Boga, nie istniałby świat.
Zapewne wielu z nas, zadaje sobie pytanie, jak wyglądałby świat, gdyby nie było Kościoła Katolickiego? Może Europa przypominałaby współczesne kraje Afryki albo Azji? Bez uniwersytetów, bez nauki, bez rozwijającej się gospodarki, bez szpitali, bez dobroczynności, bez sztuk pięknych, bez nadziei na lepszy żywot.

Antyklerykalizm to socjalizm

Dominującym nurtem antykościelnym jest tzw. antyklerykalizm tramwajowy, polegający na bezmyślnym powtarzaniu nieuzasadnionych pretensji wobec Kościoła, działający na zasadzie przedszkolnego głuchego telefonu.

Najczęstszymi banałami powtarzanymi przez tramwajowych antyklerykałów są: utożsamianie Kościoła Katolickiego wyłącznie z krwawą inkwizycją, krucjatami oraz nawracaniem ogniem i mieczem. Jest to pokłosie skutecznego działania komunistów, którzy właśnie w ten sposób przedstawiali Kościół w czasach realnego socjalizmu. Zapewne każdy pamięta tego typu antykatolickie wątki w wielu filmach, podręcznikach, a nawet w skierowanych do dzieci komiksach.

Kolejnym zarzutem jest zestawianie bogactwa Kościoła z istniejącą biedą. Jest to bezpośredni efekt myślenia socjalistycznego, tak jakby bieda automatycznie zniknęła, gdyby majątek Kościoła rozdać potrzebującym, co jest oczywistą bzdurą. Nie jest też prawdziwa teza o nieskończonych bogactwach materialnych Kościoła, skoro na Zachodzie do codzienności należą licytację majątku, którego Kościół nie jest w stanie utrzymać.

Jest to również efekt socjalizmu, a mianowicie podatku kościelnego. Wierni buntując się przeciw kolejnemu podatkowi dokonują aktu apostazy, a księża mający zagwarantowane wpływy podatkowe, nie troszczą się o zwiększanie grupy wiernych. Ten problem nie istnieje tam, gdzie istnieje bezpośredni związek liczby wiernych z dobrowolnymi datkami na tacę.

Wreszcie, kolejna grupa antyklerykałów tramwajowych permanentnie utożsamia poszczególnych księży z Kościołem jako całością. Tak więc, jeśli zdarzy się ksiądz pedofil, to trzeba się odwrócić od Kościoła, bo jest pedofilski. Jeśli ksiądz pije, to Kościół jest pijacki. Jeśli trafi się rozpustnik, to jest rozpustny. Zapomina się o ludzkiej stronie posługi kapłańskiej oraz o indywidualnej odpowiedzialności posługujących za swe czyny. W porównaniu z dobrem czynionym przez Kościół jako całość, poszczególne incydenty nie mają znaczenia dla Kościoła jako jedności.

Rozbijanie Kościoła

Wśród wielu nurtów zderzających się w Kościele Katolickim, najbardziej przeciwstawne wydają się być nurt tradycjonalistyczny i ultrapostępowy. Katolicy zastanawiają się, czy nie żyjemy przypadkiem w czasach ostatecznych, gdzie nie będzie można odprawiać Mszy św., a Kościół zacznie rozpadać się na wiele odłamów.

Zapewne wielu tradycjonalistów uważa, że pierwszym znakiem była posoborowa reforma, a właściwie reformacja liturgii. Natomiast ci, którzy manifestują otwartą niechęć do Kościoła Katolickiego: sedekwantyści i lefebryści, biorą na siebie odpowiedzialność za niszczenie jedności Kościoła (oczywiście ze szkodą dla samych siebie, a nie np. dla wiernych przywiązanych do tradycyjnej formy liturgii).

Dlatego jakże ważnym posunięciem ze strony Benedykta XVI stał się powrót Mszy Trydenckiej, która nie tylko jednoczy Kościół, ale inspiruje wielu katolików do pogłębiania swojej duchowości, pielęgnowania tradycji i przywracania szacunku i świętości Eucharystii. Miejmy nadzieje, że właśnie dzięki nim Msza Św. pozostanie ostoją niekwestionowanego klasycznego piękna, zanikającego w mszach posoborowych.

Zapewne tym, co przyciąga do nadzwyczajnego rytu rzymskiego są liczne nadużycia liturgiczne występujące obecnie w Kościele. Osobiście byłem świadkiem wielu przykładów takich nadużyć. W Kościele Redemptorystów (sic!) widziałem zamiast kazania rozgrywającą się na ołtarzu scenę teatralną, jak w szkolnym przedstawieniu. W innym zaś ksiądz czytał dowcipy z Gościa Niedzielnego typu: przychodzi baba do lekarza. Zaś w diecezjalnej katedrze podczas drogi krzyżowej w Wielkim Poście, jeden z koncelebrujących podrostków zaczął cytować rozważania o śmierci autorstwa – lidera satanistycznego zespołu heavy metalowego.

Zagrożeniami dla jedności Kościoła mogą być także rozmaite ruchy posoborowe typu: neokatechumenat czy ruchy charyzmatyczne. Świadkowie mówią o tworzeniu się z nich sekt, bądź przechodzeniu ich byłych członków na protestantyzm. Z ruchami charyzmatycznymi, gdzie członkowie wpadają w trans i zaczynają np. mówić niezrozumiałymi językami niektórzy księża doszukują się pierwszych objawów opętania.

Natomiast zupełnie niezrozumiałe jest pobłażanie dla neokatechumenatu. Tez założony przez dwoje świeckich (!!!) ruch, działa obecnie na wariackich papierach bez zatwierdzonego przez Watykan regulaminu. W poprzednich wersjach dostrzeżono mnóstwo błędów teologicznych i dogmatycznych. Ruch stawia na głowę ofiarę Mszy Św. odprawiając ją w soboty, przy stole, z komunią przyjmowaną na siedząco i na rękę, z katechezami przygotowywanymi przez osoby bez kompetencji.

Podobno działa tak niezmiennie, mimo nawoływania do porządku przez hierarchów. Ta liczna wspólnota stanęła przed niebezpieczeństwem schizmy, a niektóre zgromadzenia noszą już cechy sekty, której członkowie boją się opuścić wspólnotę, będąc przekonani, “że stanie się coś złego”.

Kościół zbudował cywilizację

Tymczasem to jedność Kościoła zawsze stanowiła o jego sile. Największe osiągnięcia Kościoła pochodzą z czasów, gdy na jego potęgę i jedność składali się katolicy z wielu krajów. Cywilizacja zawdzięcza Kościołowi więcej niż się to nam wydaje, a katolicy byli od wieków inspiratorami rozwoju moralnego ludzkości.

Nic innego jak leprozoria św. Łazarza, przeznaczone dla opieki nad trędowatymi, okazały się pierwszymi szpitalami i zaczątkami służby zdrowia. Trynitarze, mercedariusze zajmowali się wykupywaniem niewolników i przywracaniem im wolności. Siostry magdalenki dały przykład wielkoduszności i dobroczynności, kontynuowanej przez zakony po dziś dzień.

Bez Kościoła Katolickiego nie byłoby rozwoju nauki. Jak zauważa prof. Thomas Woods, do czasu reformacji z 81 uniwersytetów, 33 posiadały edykt nadany przez papieża, zaledwie 15 edykt cesarski lub królewski, a 20 szczyciło się obydwoma dokumentami. Oznacza, to, że 2/3 uniwersytetów miało rodowód kościelny.

Nikt nie jest w stanie zakwestionować wkładu we współczesną naukę benedyktynów, jezuitów czy dominikanów. Zakonnicy ocalili i rozwinęli nie tylko wiele dzieł klasycznych, ale wnieśli ogromny wkład w rozwój filozofii, logiki, fizyki, geologii, kosmologii, astronomii, prawa międzynarodowego i nauk społecznych, w szczególności ekonomii.

Nikt chyba nie wyobraża sobie klasycznej sztuki najwyższego lotu bez Kościoła Katolickiego: najpiękniejszych dzieł muzyki klasycznej, literatury, malarstwa czy rzeźby.

Jakże uboga byłaby architektura, gdyby nie piękno katedr, kolegiów, kościołów i klasztorów. Zapewne byłaby tym, czym muzyka przez psalmów, chorałów, mszy i nabożeństw bądź sztuki piękne bez tematów biblijnych i religijnych.

Zamiast zżymać się na Kościół Katolicki współcześni Europejczycy powinni zrobić rachunek sumienia i odświeżyć zatęchła pamięć. Może wówczas nie byli skazani wyłącznie na hołdowanie ateistycznej, lewackiej ideologii, bądź na pseudosztukę w rodzaju ukrzyżowanego penisa.

Również katolicy nie szukaliby Boga w świeckich i liturgicznych nowinkach, które niszczą wiekowy dorobek Kościoła, a w skrajnych przypadkach doprowadzają dorobek Soboru Watykańskiego II do śmieszności. Bo jakże nie śmiać się, gdy widzi się zwyczaje rozpowszechnione na zachodzie Europy: postmodernistyczną architekturę sakralną czy ministrantów przebranych za Myszkę Miki.

Tomasz Teluk
www.teluk.net

Dlaczego należy uprawiać tomizm

Artur Andrzejuk: Dlaczego należy uprawiać tomizm Drukuj
Wpisał: Adam Wielomski
Odpowiedzi na zawarte w tytule pytanie należy udzielić w dwu porządkach. Po pierwsze z punktu widzenia pluralizmu kultury naukowej. Dodajmy, że pluralizm ten uważa się za niezbędny czynnik rozwoju kultury i nauki. Po drugie, zagadnienie to można i trzeba rozważać w porządku prawdziwościowym, a więc z punktu widzenia prawdy. Rozważmy najpierw ten pierwszy porządek.
Przede wszystkim tomizm jest jedyną żywą filozofią spośród klasycznych sposobów filozofowania. Nie można uprawiać żadnej dziedziny kultury w oderwaniu od jej klasycznych źródeł .

Ponadto tomizm jest w całej kulturze filozoficznej jedyną żyjącą wersją filozofii realistycznej. Wersje idealistyczne filozofii zostały zapoczątkowane z wielką siłą przez Platona, pogłębione przez neoplatoników i przeniesione do chrześcijaństwa przez Ojców Kościoła, na Zachód głównie przez św. Augustyna.

Realizm filozoficzny w starożytnej Grecji zapoczątkował uczeń Platona, Arystoteles. Ta wersja filozofowania, chociaż była wielką propozycją, równorzędną idealizmowi, to jednak nie miała szczęścia w historii myśli filozoficznej. Arystoteles opuścił Ateny po śmierci Aleksandra Macedońskiego, którego był wcześniej nauczycielem, a uczniowie Arystotelesa rozproszyli się po całym ówczesnym świecie. Długo potem, po upadku Grecji, pisma Arystotelesa odkryli Syryjczycy. Później upadli i oni pod ciosami Arabów. Arabowie zajęli także półwysep Iberyjski. Tu nastąpiło zetknięcie się kultury islamskiej z chrześcijaństwem, gdyż Europejczycy postanowili odzyskać dla chrześcijaństwa ziemie późniejszej Portugalii i Hiszpanii. (Wieloletnie wojny na tym terenie nazwano rekonkwistą.) Docierała wtedy do Europy wysoko rozwinięta kultura arabska wraz z jej filozofią oraz źródłami tej filozofii, czyli pismami filozofów greckich, głównie Arystotelesa. W wyniku tego w XII i XIII wieku Europa poznała większość pism Arystotelesa. Mimo pewnego zniekształcenia tych tekstów (były przecież tłumaczone z greckiego na syryjski, z syryjskiego na arabski i dopiero z arabskiego na łacinę) od razu uczeni europejscy zauważyli w tych pismach wielką i nową dla siebie propozycję filozoficzną. Arystotelizmem szczególnie zajął się św. Albert Wielki, a rozwinął ją i przekształcił w XIII wieku jego uczeń – św. Tomasz z Akwinu. Oprócz rodzimych interpretacji Arystotelesa docierały też do Europy interpretacje arabskie, głównie w ujęciach Awicenny, a szczególnie Awerroesa. Propozycje ich były sprzeczne z objawieniem chrześcijańskim (z islamem zresztą także). Nie to jednak było powodem potępienia w 1277 roku arystotelizmu na uniwersytetach w Paryżu i Oksfordzie. Otóż propozycja św. Tomasza przeraziła platoników. Okazało się bowiem, że trzeba będzie przebudować cały wykład teologii, zarówno wyjaśnienia prawd wiary jak i uzasadnień moralności, zmienić liturgikę, ba, nawet przekształcić koncepcje polityczne i społeczne. Wtedy neoplatonicy postanowili uciec się do potępień. Dokonali ich w trzy lata po śmierci Tomasza. Uczniów Akwinaty internowano. W ten sposób zasięg myśli Tomasza skutecznie ograniczono. Nie pomogła na to nawet kanonizacja w 1323 roku. Dopiero w XV wieku, wobec zagrożenia wiary przez ateizujące nurty renesansu, papież Mikołaj V zaapelował o odrodzenie tomizmu. Kardynał Kajetan stworzył jednak tylko tzw. arystotelizm chrześcijański, który przez jakiś czas wegetował na marginesie myśli europejskiej. Jeszcze w XVII wieku Jan od św. Tomasza napisał podręcznik filozofii arystotelesowsko-tomistycznej. Potem zanikł nawet arystotelizm, usuwany z uniwersytetów przez tzw. scholastykę protestancką. Z niej to wyrośli idealiści niemieccy, którzy wyznaczyli późniejszą filozofię europejską. W 1879 roku papież Leon XIII, znów wobec zagrożenia ateizmem, zaapelował o odrodzenie tomizmu. Tym razem zajęły się tym problemem katolickie ośrodki naukowe. To odradzanie się tomizmu trwa nadal, mimo że platonicy, podobnie jak w XIII wieku, chcieliby zlikwidować ten sposób uprawiania refleksji filozoficznej.

Już z tego historycznego zarysu nie trudno odczytać wyjątkowości tomizmu jako jedynej wersji klasycznej filozofii realistycznej. Można by jeszcze zapytać co głosi tzw. filozofia współczesna ? Otóż składają się na nią różne pokartezjańskie, pokantowskie i poheglowskie kierunki. Cała ta filozofia współczesna jest raczej platońskiej proweniencji. Tylko tomizm ma swe źródła w liceum Arystotelesa.

I w tym tkwi pierwszy argument za uprawianiem tomizmu, który należy rozwijać dla utrzymania pluralizmu i swoistej równowagi w kulturze filozoficznej.

Ale to jest swoiście zagadnienie marginalne. Tomizm jest i był tak gwałtownie zwalczany przecież nie z chęci zachwiania równowagi w nauce.

Nie trudno zauważyć, że sprzeciw wobec tomizmu wynika zawsze z jakiegoś ładunku słuszności i prawdy, które zawiera w sobie ten sposób odczytywania otaczającej nas rzeczywistości. Przyjęcie tego było zawsze niewygodne dla platoników dobrze urządzonych w wymyślonym świecie idei i emanatów. Podobnie i dziś uczonym wygodnie jest tkwić w świecie samych tylko teorii, bez potrzeby oglądania się na rzeczywistość, bez potrzeby poprawiania swego myślenia na miarę tej rzeczywistości, do czego zawsze zmusza tomizm.

Współczesny platonizm, czyli tzw. filozofię współczesna charakteryzujwe – według prof. M. Gogacza – kilka typowych tez. Są to: liniowy układ przyczyn i skutków, gnoza, irracjonalizm, transcendentalizm, woluntaryzm .

Liniowy układ przyczyn polega na tym, że za istotę rzeczy przyjmujemy – zwykle dowolnie – jakiś jej przejaw, np. życie, rodzenie, itp.. Byty wyjaśniamy dalej w schemacie: wcześniej – później. Np. w porządku rodzenia wcześniej są rodzice, później dzieci, a jeszcze wcześniej dziadkowie, czyli rodzice rodziców itd. W takim liniowym układzie musi pojawić się zagadnienie początku układu przyczyn i skutków, Gdy istotą tego układu jest rodzenie – musi pojawić się problem pierwszego rodzica, gdy za istotę uznamy życie, a początku w sposób konieczny pojawiają się aminokwasy, jako pierwsza forma życia na ziemi. A ateiści żartują, że naiwni chrześcijanie na początku umieszczają Boga. Poważny uczony przecież tak naprawdę nie wie, co było na początku. I dlatego “poważny” filozof Heidegger na początku umieszcza nieokreśloność, a “mniej poważny” chrześcijanin Rahner tę nieokreśloność nazywa Bogiem.

A to wszystko dlatego, że filozofowie współcześni, podobnie jak Platon, przejawy rzeczy uważają za jej istotę. Według Arystotelesa i św. Tomasza jest inaczej: istota to podstawa przejawów, tak jak zielone drzewo nie jest zielenią tylko drzewem. Dlatego św. Tomasz proponuje istotowy układ przyczyn. Polega on na tym, dla każdego badanego bytu szukamy ostatecznych wyjaśniających go przyczyn. Np. przyczyną istnienia każdego bytu przygodnego jest Bóg. Ponadto układ ten zmusza do odróżnienia przyczyny sprawczej od tzw. przyczyn celowych. W układzie liniowym problem ten rozwiązuje się hierarchizacją przyczyn, np. Bóg jest ważniejszą przyczyną sprawczą człowieka, rodzice są pośrednimi przyczynami człowieka.

Gnoza wynika z zastosowania układu liniowego. Polega na przyjęciu za początek rzeczywistości czegoś nieokreślonego lub ogólnego, jak heideggerowskie das Sein, czy marksistowska materia. Z tego nieokreślonego tworzywa, które jednak jest, wyłania się realność określona, zwykle na mocy jakiegoś tajemniczego prawa. Np. das Sein Heideggera podlega prawu “rzucenia w świat” (die Geworfenheit), w wyniku czego wyłania się realność określona, najpierw w postaci myśli (das Dassein), potem w postaci bytu jednostkowego (das Seiende). Losem bytu jednostkowego jest, poprzez myśl, powrót do nieskończoności, stąd człowiek dla Heideggera jest “byciem ku śmierci” (der Mensch ist das Sein zum Tode). Gnoza w postaci marksizmu jest zbudowana na identycznym schemacie. Na początku jest nieokreślona materia, które jednak podlega prawu dialektycznych przemian, w wyniku czego wyłaniają się z niej obiekty w postaci społeczeństwa (jest to bliższa, ważniejsza hipostaza materii) oraz jednostek (mniej ważna, ale możliwa do zaakceptowania hipostaza). Gdy jednak jednostka alienuje się od społeczeństwa, co jest wyrazem jej degeneracji, pojawia się hipostaza nie do zaakceptowania. Tą hipostazą jest religia. Jest to – według “klasyków” marksizmu – takie upodlenie człowieka, że jedynym ratunkiem jest powrót do pozycji nieokreślonej materii.

Nieokreśloność, która jednak jest, stanowi sprzeczność samą w sobie, bo skoro coś jest nieokreślonego, to nic o tym czymś nie można orzec, nie można więc orzec, czy to coś istnieje. Nieokreśloność może więc tylko być nicością, ale ta ponieważ jest niebytem – nie działa, a więc nie jest w stanie wyłonić z siebie czegokolwiek. I gnostycy nie mówią, że nieokreśloność jest nicością. Przyjmują jednak inną sprzeczność, mianowicie, że ta nieokreśloność jednak istnieje.

Św. Tomasz umieszczając u początku wszelkiego istnienia Istnienie Samoistne, będące bytem par excellence, unika sprzeczności, starannie analizuje byty przygodne w istotowym układzie przyczyn. W wyniku tej analizy wykrywa strukturę Bytu Pierwszego, jako prostego, samoistnego Aktu Istnienia. Nie popada więc w gnozę. Nie miesza też wiedzy i bytowania. W porządku bytowania najpierw jest przyczyna, potem skutek, ale naszemu poznaniu najpierw jawi się skutek i dopiero przez ten skutek dochodzimy do przyczyny, nigdy odwrotnie, jak chciał Plotyn, Heidegger i Marks. Wyobraźmy sobie ten absurd w powieściach kryminalnych: łapiemy sprawcę czynu zanim on ten czyn popełnił.

Oczywiście, dla idealistów, sprzeczność nie jest absurdem – jest tajemnicą. Głoszą oni, że rzeczywistość jest tak złożona, że człowiek ze swoimi prymitywnymi pojęciami: istnieje – nie istnieje, byt – niebyt, nie jest w stanie zbliżyć sie do prawdy o rzeczywistości. Najgłębszym jej wyjaśnieniem jest tajemnica. A w niej zmieści się wszystko i wszystko znajdzie swe “rozumowe” uzasadnienie: sprzeczność, absurd, niedorzeczność. Wskazuje to na irracjionalizm jako na podłoże tych poglądów. Irracjonalizm polega właśnie na negowaniu roli intelektu w dziedzinie poznania. Według irracjonalistów poznajemy uczuciami (Hildebrand) lub intuicją (Tillich).

Jest to pogląd sprzeczny przede wszystkim ze strukturą człowieka. Gdyby bowiem intelekt nie służył do poznawania rzeczywistości, jak sądzą irracjonaliści, to człowiek po prostu nie miałby intelektu. Skoro jednak został w tę władzę wyposażony, to oznacza, że na niej winien oprzeć swe wysiłki w dziedzinie poznawania rzeczywistości.

Po zanegowaniu intelektu zostaje filozofii współczesnej woluntaryzm, czyli teza o pierwszeństwie woli wśród władz człowieka. Ujawnia się ten woluntaryzm w poglądzie, że tym samym jest poznanie i działanie, albo zastępuje się poznanie jakąś niejasną intuicją, dodając np., że wiedza jest zagrożeniem wiary.

Tymczasem już Arystoteles odróżnił wiedzę od działania. Działanie, jego zdaniem, musi się wspierać na wiedzy. Według św. Tomasza życie czynne jest owocowaniem życia kontemplacyjnego. Wyobraźmy sobie woluntaryzm np. w medycynie, gdzie przestałoby się wymagać od adeptów sztuki lekarskiej solidnego przygotowania teoretycznego.

Woluntaryzm jest jednak filozofii współczesnej niezbędny do uzasadnienia transcendentalizmu, który stoi u źródeł wszelkiego idealizmu, od platońskiego począwszy. Transcendentalizm jest przyjęciem w jakiejś dziedzinie wiedzy pierwszego zdania bez dowodu, jako tzw. założenia lub aksjomatu. Transcendentalizm Platona polega na przyjęciu idei, które według 7 Listu, są tylko pojęciami ogólnymi. Arabowie z Awicenną na czele oraz logika współczesna przyjmują pierwszeństwo możliwości przed realnością. Możliwość jest przecież tylko myślną kombinacją. Przyjęcie jej jako źródła realności ujawnia strukturę gnostycką, gdyż skoro coś może być oznacza przecież, że jeszcze tego nie ma, a więc to coś ma postać niebytu, a ten nie działa, bo go właśnie nie ma. Z głębokiej pobożności wyrósł średniowieczny transcendentalizm Jana Dunsa Szkota i św. Anzelma z Canterbury. Otóż przyjęli oni na podstawie wiary, że Bóg istnieje, przenieśli tę prawdę na teren filozofii, która nie stanowi nauki objawionej, i uczynili te tezę pierwszym zdaniem filozofii, do którego dorobili filozoficzne dowody. Jeszcze dziś daje się słyszeć pogląd, że tzw. filozofia chrześcijańska jest dorabianiem filozoficznych dowodów do tez objawionych. Kartezjusz postanowił, że filozofię rozpocznie nie od zdań prawdziwych, lecz od pojęć jasnych i wyraźnych. Utożsamił on kryterium dydaktyczne z prawdziwościowym. Kant rozpoczął od podziału zdań i za pierwsze uznał te o możliwości i czystym myśleniu. Husserl, podobnie jak Arabowie, uznał pierwszeństwo możliwości przed realnością, którą to możliwość Heidegger umieścił na początku rzeczywistości, nazywając nieokreślonością.

Tymczasem św. Tomasz buduje tak filozofię, aby nie musiał w niej niczego z góry zakładać. Od strony poznania można to zilustrować takim przykładem. Otóż gdy znajdzie się we mnie jakaś informacja, której nie było wcześniej, to zauważam, że pojawiło się we mnie coś, czego wcześniej nie było. Jest więc to coś czymś innym niż ja. Ale nie znalazł się we mnie ten poznany byt, tylko jakiś jego obraz we mnie. W ten sposób odkrywam odrębność tego bytu od siebie i nietożsamość swojej wiedzy z sobą i poznanym bytem. Formułuję zdanie: “jedna odrębność nie jest drugą odrębnością”. To zdanie to formuła zasady niesprzeczności.

Nie ma tu zatem przyjęcia czegokolwiek z góry jako założenia. Nawet fakt posiadania przez byty aktu istnienia św. Tomasz odkrywa w precyzyjnej analizie filozoficznej, co pozwala mu starannie odróżnić byty od wytworów i nie pozwala na uznanie za byt nawet najdoskonalszego wytworu.

I mimo że brzmieć to może paradoksalnie, ale dla chronienia ludzi przed intelektualnymi chorobami myśli współczesnej trzeba cofnąć się do XIII wieku, gdyż nasze stulecie żyje niestety wciąż błędami filozoficznymi wieku XIX, ze względu na które pozytywizm w ogóle zakwestionował filozofię.

dr hab. Artur Andrzejuk

Piotrowa łódź zmienia kierunek

Józef Majewski: Piotrowa łódź zmienia kierunek Drukuj
Wpisał: Adam Wielomski
Od Admina: Nigdy jeszcze na konserwatyzm.pl nie dawaliśmy przedruku z “Tygodnika Powszechnego”, z przyczyn tak oczywistych, że chyba nie trzeba ich tu przedstawiać (z GW też nie było przedruków). Zdecydowaliśmy się jednak zamieścić tekst o Benedykcie XVI, bo uważamy, że jest ważny i znaczący. Nie zgadzamy się rzecz jasna z jego wymową, czyli wyraźnym niepokojem i przestrachem środowisk modernistycznych. To, co oni oceniają jako “niepokojące”, my uważamy za budzące nadzieję. Trudno jednak nie zgodzić się z samym meritum artykułu i opisaną tu istotą “rewolucji Benedykta XVI”. Z tego powodu zdecydowaliśmy się tekst ten przedrukować, choć oczywiście nie polecamy Czytelnikom lektury TP.
Benedykt XVI przejdzie do historii jako papież liturgicznego remanentu,a może wręcz rewolucji. Nie jest to droga Jana Pawła II.

Watykanista Marco Politi mówił w rozmowie z „Tygodnikiem” (nr 14/08), że wybór kard. Ratzingera na papieża „wyrażał przekonanie o konieczności dania Kościołowi chwili spokoju po pontyfikacie tak gigantycznym”. Tymczasem od kwietnia 2005 r. trudno mówić o spokoju. Papież (wraz z watykańskimi dykasteriami) podejmuje decyzje i działania, które wywołują burze. Przypomnijmy choćby ekumeniczne zawirowania po papieskiej rezygnacji z tytułu „patriarcha Zachodu”; sprzeciwy Indian po słowach, że krzewienie chrześcijaństwa w Ameryce nie wiązało się z narzuceniem kultury z zewnątrz; oburzenie świata islamu po wykładzie w Ratyzbonie; krytyczne głosy po odwołaniu spotkania z Dalajlamą; spory wokół sprawy „przywrócenia do łask” Mszy trydenckiej…

Charakterystyczne, że do „wybuchów” dochodzi w znacznej mierze w odniesieniu do spraw, które zajmowały Jana Pawła II i które w jakiejś mierze uważał on za rozwiązane albo co do których okazał się „papieżem przełomu”. Najważniejsza i najbardziej brzemienna w skutki będzie tu sprawa liturgii, jak mówił Sobór – „szczytu i źródła życia Kościoła”.

Benedyktowi XVI nie o spokój chodzi, ale o uporządkowanie Kościoła po pontyfikacie, owszem, gigantycznym, ale też w pewnym sensie szalonym, naruszającym jasne zdawałoby się kategorie. Symboliczne gesty Jana Pawła II, jak modlitewne spotkania z przywódcami innych religii w Asyżu, pocałunek złożony na Koranie czy ustawianie się papieża w jednym szeregu z innymi zwierzchnikami chrześcijaństwa podczas spotkań ekumenicznych, prowokowały skrajne interpretacje. W niejednym środowisku wyrażano niepokoje o katolicką tożsamość, dodatkowo znajdującą się pod naporem globalizacyjnego relatywizmu. Fakt, że w ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II watykańskie dykasterie publikowały dokumenty przypominające tradycyjne nauczanie Kościoła (przypomnijmy słynną deklarację „Dominus Iesus”), dowodzi, że Kuria Rzymska poważnie traktowała te niepokoje. Poważnie traktuje je też Benedykt XVI i tu należy widzieć jedną z głównych przyczyn jego zwrotu ku sprawom liturgii, w której najgłębiej ma wyrażać się katolicka tożsamość.

Jaki Kościół, taka liturgia

To chyba nie przypadek, że Jan Paweł II wymieniając w Testamencie „teologiczne” wydarzenia pontyfikatu, mówi o dialogu międzyreligijnym i ekumenizmie, a nie wspomina o liturgii. Liturgia, odnowiona liturgia, nie przedstawiała problemu, z którym – inaczej niż w przypadku dialogu międzyreligijnego i ekumenizmu – musiał się mocować. Jego wcześniejsze wypowiedzi na ten temat, choćby encyklika „Ecclesia de Eucharistia” czy listy apostolskie z okazji rocznic soborowej Konstytucji o Liturgii, są klarowne: kształt zreformowanej liturgii odpowiada zamysłowi Soboru Watykańskiego II, który – pisał w „Novo millennio ineunte” – „został dany jako niezawodna busola”.

Soborowa wizja Kościoła znalazła wierne odbicie w reformie liturgicznej – nauczał Jan Paweł II. To dlatego reformę tę zamiennie określał jako „posoborową” i „soborową” – „posoborowa”, bo chronologicznie dokonała się po Soborze; „soborowa”, bo wiernie nawiązuje do eklezjologii Vaticanum II. A skoro tak, to liturgia nie potrzebuje zasadniczych zmian, bo musiałoby to prowadzić do zmian w wizji Kościoła.

Benedykt XVI jednak szybko zajął się zmianami w liturgii. Dla tych, którzy znali jego poglądy z czasów, gdy był kardynałem i prefektem Kongregacji Nauki Wiary, nie było to zaskoczeniem. Zaskakujący okazał się radykalizm podjętych przez Papieża kroków.

Zaczęło się od tzw. uwolnienia Mszy trydenckiej, co Benedykt XVI ogłosił w lipcu ub.r. listem apostolskim „Summorum pontificum”. To, co dla Jana Pawła II było jedynie wyjątkiem od reguły: warunkowa możliwość sprawowania liturgii trydenckiej, w lipcu 2007 r. zostało „unormalnione” i „unormowane” przez jego następcę. W liście do biskupów Benedykt podkreślił, że liturgia stara i nowa stanowią „podwójne używanie jednego i tego samego rytu”. Tu już nie chodzi o decyzję prowizoryczną, w sensie tzw. papieskiego indultu (odstąpienie od tego, co z prawnokościelnego punktu widzenia jest normą), jak w przypadku uchylenia przez Pawła VI i Jana Pawła II tradycjonalistom „furtki” do starej Mszy. Obecny papież w istocie „zrównał” obie liturgie.

Pytania o tożsamość

W tym kontekście rodzą się jednak ważne pytania. Co począć z wizją Kościoła, która kryje się za starą liturgią? Czy ta, która nosi na sobie „blaski i cienie” burzliwych czasów kontrreformacji, odpowiada sytuacji Kościoła naszych czasów? „Która teologia laikatu jest normatywna – pytał Zbigniew Nosowski na łamach „Więzi” (nr 8-9/07) – starej liturgii, gdzie świeccy są biernymi uczestnikami Mszy celebrowanej przez kapłana, czy nowej, gdzie są (przynajmniej teoretycznie) aktywnym współpodmiotem celebracji; która teologia słowa Bożego i historii zbawienia jest obowiązująca: liturgii trydenckiej, gdzie praktycznie nieobecne są czytania ze Starego Testamentu, czy liturgii odnowionej, gdzie co niedziela (a nawet częściej) Kościół korzysta ze skarbów Pierwszego Przymierza; która wizja ekumenizmu jest właściwa: ta ze starego Mszału, gdzie modlimy się za »schizmatyków i heretyków«, czy ta, w której nazywamy ich »braćmi wierzącymi w Chrystusa«?”. Która – można pytać dalej – teologia judaizmu jest normatywna: starej liturgii, z modlitwą, by Bóg „oświecił ich [Żydów], aby poznali Jezusa Chrystusa” (tekst po zmianach Benedykta XVI, wcześniej modlono się o nawrócenie „ludu zaślepionego”), czy nowej liturgii, gdzie modlimy się, by Bóg, „pomógł im wzrastać w miłości ku Niemu i w wierności Jego Przymierzu”? Która teologia innych religii jest właściwa: starego Mszału, który ich wyznawców nazywa „poganami” i „bałwochwalcami”, z „nieprawością w sercach” czczących „swoje bałwany”, czy nowego Mszału, modlącego się, „aby niewierzący w Chrystusa, postępując zgodnie z sumieniem, znaleźli prawdę; i abyśmy przez wzrost we wzajemnej miłości (…) stali się w świecie doskonalszymi świadkami Twojej miłości”?

Pytania można mnożyć. Jeśli obie liturgie są normalne i normatywne, to czy oznacza to, że – przykładowo i z jednej strony – powinienem uważać innych chrześcijan i inne chrześcijanki za braci i siostry w Chrystusie, „których uświęcił jeden chrzest” (jak w nowej liturgii); że mogę się z nimi modlić i uczestniczyć we wspólnych nabożeństwach; że mogę czcić pamięć ich męczenniczek i męczenników; że mogę pamiętać, iż mój Kościół (w wyjątkowych sytuacjach) może udzielać im Komunii św., a jednocześnie i z drugiej strony – czy powinienem mieć ich za „schizmatyków i heretyków”? Jak jedna tożsamość katolicka może udźwignąć ciężar takiego napięcia, takiej wewnętrznej, mówiąc delikatnie, nieprzystawalności doktryn?

Benedykt XVI w liście do biskupów, komentarzu do „Summorum pontificum”, napisał: „Nie ma żadnej sprzeczności między jednym a drugim wydaniem [Piusa V i Pawła VI] Mszału Rzymskiego”. Jak rozumieć to stwierdzenie w kontekście powyższych pytań?

Co wolno papieżowi

Kard. Joseph Ratzinger nie raz podkreślał konieczność przywrócenia Kościołowi liturgii trydenckiej. W 2001 r., w benedyktyńskim klasztorze Fontgombault, tradycjonalistycznym ośrodku zwolenników zreformowania zreformowanej liturgii, mówił: „to, co było aż do 1969 r. właściwą liturgią Kościoła, czymś najświętszym dla nas wszystkich, nie może po 1969 stać się – na mocy niewiarygodnego pozytywizmu – czymś nie do przyjęcia. (…) powstaje jednak problem: w jaki sposób uregulować używanie obu rytów?”. Podkreślmy: kardynał starą liturgię i liturgię nową jeszcze w 2001 r. zdawał się mieć za dwa ryty!

Odpowiedź na postawione przez niego pytanie znajdujemy w „Summorum pontificum”: rozwiązaniem okazała się rezygnacja z nazywania starej liturgii i liturgii odnowionej osobnymi „rytami”, a uznanie ich za dwie formy jednego jedynego rytu rzymskiego. Taki krok papieża jest nowością w dziejach liturgii Kościoła.

Po pierwsze, innowacją jest ustanowienie starej liturgii „nadzwyczajną formą liturgii”. Andrew Cameron-Mowat, jezuicki liturgista z Uniwersytetu Londyńskiego, na łamach „The Pastoral Review” pisał: „Jest liturgiczną i być może kanoniczną nowością, że to, co wcześniej było »zwyczajne«, teraz staje się »nadzwyczajne«”. Nowością jest także uznanie starej liturgii i nowej liturgii za „podwójne używanie jednego i tego samego rytu”. Cameron-Mowat: „Poprzednio dozwolone było celebrowanie rytów rzymskiego, mozarabskiego czy ambrozjańskiego (by ograniczyć się do najsłynniejszych), nie zaś »używań«, które są wariantami jednego rytu”.

Determinacja Benedykta XVI, by uwolnić liturgię trydencką, doprowadziła go do nieznanej wcześniej formy papieskiej ingerencji w historię liturgii. A jest to również ingerencja, która dokonała się bez odwołania do zasady kolegialności biskupów, tj. do zasady ich wspólnego, na czele z biskupem Rzymu, kierowania Kościołem. Trudno zharmonizować to z poglądem kard. Ratzingera, że podstawą i źródłem teologii kolegialności biskupów jest eklezjologia eucharystyczna, tj. że kolegialność wyrasta z liturgii. Problem w tym, że wielu biskupów krytycznie odnosiło się i odnosi do powrotu Mszy trydenckiej.

Spór o kolegialność jest bodaj najważniejszym teologicznym sporem toczącym się w Kościele od Soboru Watykańskiego II. Warto podkreślić, że kard. Ratzinger – prywatnie i jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary – był jednym z głównych uczestników tego sporu. Do historii przejdzie jego publiczna gorąca i niedokończona debata na ten temat z biskupem, a potem kardynałem Walterem Kasperem, przewodniczącym Papieskiej Rady Popierania Jedności Chrześcijan. Kard. Kasper przestrzegał przed odrodzeniem w Kościele przedsoborowego rzymskiego centralizmu.

Wielu teologów, ale też biskupów i kardynałów, uważa, że Watykan od dawna, także podczas poprzedniego pontyfikatu, zawęża doktrynę kolegialności Soboru Watykańskiego II. Że stara się ograniczyć zakres współodpowiedzialności i współdecydowania biskupów za kierowanie Kościołem. Sądzę, że to jedna z głównych przyczyn, dla których część biskupów krytycznie zareagowała na „Summorum pontificum” i uwolnienie Mszy trydenckiej. Sytuacja stała się tak poważna, że w listopadzie 2007 r. abp Malcolm Ranjith, sekretarz watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, mówił wręcz o narodzinach „rebelii przeciwko papieżowi” i „grzechu pychy, czyli jednym z grzechów ciężkich”. „Istnieją – podkreślił – diecezje i kraje, a nawet wysocy dostojnicy kościelni, którzy nie posłuchali Benedykta XVI” w sprawie Mszy trydenckiej.

W tym kontekście znacząco brzmią słowa Josepha Ratzingera, który w książce „Duch liturgii” pisał: „Po Soborze Watykańskim II powstało wrażenie, że w sprawach liturgii papież może właściwie wszystko, szczególnie jeśli działa w imieniu soboru powszechnego. Ostatecznie w świadomości Zachodu idea odgórności liturgii, która nie jest podatna na dowolne jej »robienie«, w dużym stopniu zanikła. (…) Pełnomocnictwo papieża nie jest nieograniczone, znajduje się na służbie świętej tradycji. (…) Wielkość liturgii polega właśnie na jej niedowolności”.

Marini musi odejść

Jan Paweł II daleki był od poglądu, że w odnowionej liturgii tkwią błędy, z konieczności prowadzące do nadużyć. W obliczu zaniedbań w sprawowaniu liturgii wzywał nie do „reformy reformy”, ale do większej wierności zasadom odnowionej liturgii, która jest kryterium i punktem odniesienia.

Taki pogląd poprzedniego papieża znalazł wyraz urzędowo-praktyczny: za jego pontyfikatu na czele watykańskiej „strażniczki” liturgii Kościoła – Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów – stali, przynajmniej liturgiczni, konserwatyści: kardynałowie Jorge A. Medina Estévez i Francis Arinze. Ich stanowisko równoważył jednak Mistrz Papieskich Ceremonii Liturgicznych abp Piero Marini, w środowiskach tradycjonalistycznych uznawany za progresistę. To znaczące, że najbliższymi liturgicznymi współpracownikami Jan Pawła II byli przedstawiciele różnych (równoważących się) opcji.

Jeden z aspektów tego paradoksu ukazał niedawno John Allen, watykanista tygodnika „National Catholic Reporter”, na przykładzie jednej z papieskich liturgii w Meksyku w 2002 r. (scenariusz tej liturgii, rzecz jasna, musiał uzyskać aprobatę abp. Mariniego). Oto wśród rzucanych konfetti i dźwięków gorącej muzyki pojawia się grupa tancerzy z plemienia Indian Zapotec. W środku starsza kobieta, szamanka, z naręczem ziół dokonuje rytualnego oczyszczenia, egzorcyzmu zwanego limpia. Chodzi – podkreślmy – o indiański obrzęd wyrzucania złych duchów. W końcu czyni to również w odniesieniu do głównego celebransa – Jana Pawła II. Na ten widok Allen chwycił za telefon i zadzwonił do znajomego z Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Jego rozmówca wypowiedział trzy słowa: „Marini must go!” – „Marini musi odejść”.

Abp Piero Marini odszedł ze stanowiska papieskiego ceremoniarza w październiku 2007 r., a na jego miejsce Benedykt XVI mianował ks. Guido Mariniego. Obaj sytuują się na liturgicznych antypodach. Abp Piero Marini, uznawany, powtórzmy, za „progresistę”, z wykształcenia jest liturgistą (doktorat); całe kapłańskie życie przed objęciem funkcji ceremoniarza papieskiego w 1987 r. poświęcił sprawom liturgii. Ks. Guido Marini nie kształcił się w liturgice, ale w prawie kanonicznym (doktorat) i w psychologii środków masowej komunikacji.

Reforma do reformy

Kard. Ratzinger nie krył sympatii do tradycjonalistycznego ruchu „reformy reformy liturgicznej”. Uważał, że w samej odnowionej liturgii znajdują się miejsca niejednoznaczne, błędne, podatne na nadużycia itp. W klasztorze Fontgombault krytykował promowanie „fałszywej twórczości, która nie jest kategorią liturgii”. Chodzi o pozostawianie celebransom swobody w konstruowaniu – „robieniu”, jak z dezaprobatą lubił powtarzać kardynał – niektórych aspektów liturgii. „W nowym mszale – mówił – znajdujemy dość często sformułowania w rodzaju: sacerdos dicit sic vel simili modo [kapłan mówi w ten czy podobny sposób]…, albo: hic sacerdos potest dicere [kapłan może powiedzieć]… (…) wraz z tą fałszywą wolnością (…) niszczy się jedność liturgii i jej kościelność”. Kolejny liturgiczny krok Benedykta XVI zapewne skieruje się w stronę oczyszczenia liturgii z tego rodzaju formuł.

W książce „Duch liturgii” kardynał wskazywał z kolei na negatywne konsekwencje usytuowania ołtarza między celebransem a wiernymi i odprawiania liturgii przez księdza „twarzą do ludu”. Wraz z tym zabiegiem zerwano z istotnym ukierunkowaniem liturgii na Wschód, który symbolizuje Chrystusa. Innymi słowy, głównym „aktorem” odnowionej liturgii jest nie Chrystus, ale duchowny. To trzeba naprawić – podkreślił Ratzinger. W jaki sposób? Owszem, „błędem byłoby całościowe odrzucenie przekształceń zaistniałych w naszym stuleciu (…). Istotną kwestią jest jednak wspólne zwrócenie się na Wschód w czasie Modlitwy eucharystycznej”. Pytał: „Czy mamy więc teraz wszystko na nowo przestawić?”. I odpowiadał: „Nic przecież nie jest tak szkodliwe dla liturgii, jak właśnie ciągłe jej »robienie«, nawet jeśli wydaje się, że chodzi o rzeczywistą odnowę”. Zatem przestawienie ołtarza nie wchodzi w rachubę, ale możliwe jest zwrócenie się księdza i wiernych podczas Modlitwy Eucharystycznej ku krzyżowi, symbolicznemu Wschodowi. „Do prawdziwie absurdalnych zjawisk ostatnich dziesięcioleci zaliczam fakt, że krzyż jest odstawiony na bok, aby nie zasłaniał kapłana. Czy krzyż przeszkadza Eucharystii? Czy kapłan jest ważniejszy od Chrystusa? Ten błąd należy naprawić możliwie jak najszybciej”.

Co ważne, pierwszy krok w tę stronę Benedykt XVI zrobił 13 stycznia, w uroczystość Chrztu Pańskiego [zob. zdjęcie na str. 20 – red.]. Innowacyjną celebrację wyjaśnił wówczas ks. Guido Marini: Papież nie sprawował Mszy trydenckiej, bo korzystał z posoborowego Mszału Pawła VI. „Mogą zaistnieć – stwierdził Marini – szczególne okoliczności, w których, ze względu na warunki artystyczne miejsca i jego wyjątkowe piękno, wypadałoby odprawiać Eucharystię przy dawnym ołtarzu, gdzie zachowana jest właściwa orientacja akcji liturgicznej”. Mamy wtedy do czynienia nie tyle z odwróceniem się celebransa plecami do wiernych, ile ze wspólnym zwróceniem się ku Chrystusowi. „Trzeba pamiętać – tłumaczył papieski ceremoniarz – że kapłan pozostaje w takiej postawie stosunkowo niedługo. Podczas całej Liturgii Słowa celebrans zwrócony jest jak zwykle twarzą do ludu, wskazując w ten sposób na dialog zbawienia, jaki Bóg nawiązuje ze swym ludem. Nie jest to więc żaden powrót do czasów minionych, ale przywrócenie sposobu celebracji, który żadną miarą nie podważa nauczania czy wskazań współczesnego Kościoła”.

***

Papieżowi nie chodzi tylko o przywrócenie starej Mszy, o której jako kardynał powiedział w Fontgombault, że „jest punktem odniesienia, kryterium (…) semaforem”. W komentarzu do „Summorum pontificum” napisał: „obie formy używania Rytu Rzymskiego mogą się wzajemnie wzbogacać”. Nowy Mszał może wzbogacić stary, ale stary – będąc punktem odniesienia, kryterium, semaforem – jeszcze bardziej może wzbogacić nowy, wszak to nie odnowiona liturgia jest kryterium dla starej, ale odwrotnie.

Jan Paweł II, przypomnijmy, wskazywał na liturgiczne błędy i zaniedbania, ale podkreślał, że jest to wynik niewłaściwej realizacji zasad zreformowanej liturgii. W 2003 r.­ w liście z okazji 40. rocznicy soborowej Konstytucji o Liturgii Świętej apelował o „duszpasterstwo liturgiczne prowadzone w całkowitej wierności (ad una piena fedelt?) nowym obrzędom”.

http://tygodnik.onet.pl

Żydowscy wrogowie Izraela

Bogdan Pliszka: Żydowscy wrogowie Izraela Drukuj
Wpisał: Marcin Musiał
Motto „„Słuchajcie tego, wy, naczelnicy domu Jakuba, i wy, wodzowie domu Izraela, którzy czujecie wstręt do Prawa i wykrzywiacie wszystko, co proste! Budujecie Syjon, przelewając krew, a Jerozolimę, popełniając zbrodnię. Dlatego z powodu was Syjon będzie zorany jak pole, Jerozolima stanie się kupą gruzu, a góra Świątyni zalesionym wzgórzem.” Mich 3;9-12”

1Dla każdego, kto choć trochę interesuje się polityką międzynarodową jasne jest, że większość muzułmanów – oględnie mówiąc – nie przepada za Państwem Izrael. Wśród muzułmanów zaś, szczególną niechęcią darzą państwo żydowskie Arabowie, z których najbardziej radykalni są Palestyńczycy. Zapewne znalazłoby się sporo niechętnych Izraelowi także wśród niemuzułmanów, np. wśród wielu prominentów – rodzącej się – Unii Europejskiej, którzy z „łezką w oku” wspominają zapewne czasy młodości spędzone nierzadko w lewackich komunach, jakże często goszczących „bojowników palestyńskich” umykających policyjnym zasadzkom?

W Stanach Zjednoczonych, zaś, najbardziej radykalny antysemityzm głoszą organizacje walczące o prawa… czarnej społeczności! Co jednak najbardziej interesujące istnieją również niemałe społeczności żydowskie, które – oględnie mówiąc – nie przepadają za Izraelem.

Generalnie rzecz ujmując już w międzywojniu postawy diaspory żydowskiej były bardzo zróżnicowane. W zależności od tego, co przyjąć za wykładnię owych postaw można podzielić żydów na…żydów i Żydów! Pierwsi uważali się za wyznawców judaizmu, drudzy zaś za naród żydowski. Nawet jednak w pierwszej grupie występował podział na zwolenników asymilacji i zwolenników pielęgnowania odrębności. Zwolennicy asymilacji za swój cel uważali taką sytuację, w której żyd będąc wyznawcą religii mojżeszowej, będzie równocześnie pełnoprawnym członkiem społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć. Najbardziej była ta postawa widoczna wśród żydów niemieckich, którzy od przeciętnego Niemca różnili się tym, że zamiast w niedzielę do kościoła czy zboru, udawali się w piątek do synagogi. Co istotne niemieccy żydzi bardzo często byli wyznawcami klasycznego, przedhitlerowskiego, niemieckiego nacjonalizmu. Na przykład podczas plebiscytu na Górnym Śląsku niemal wszyscy żydzi opowiedzieli się za przynależnością tych ziem do Niemiec. W międzywojennej Polsce również nietrudno natknąć się na takie postawy: Leśmian, Słonimski, Tuwim to tylko najbardziej znani spośród zasymilowanych polskich żydów. Niemała jednak część społeczności żydowskiej odrzucała taką postawę na rzecz pielęgnowania własnej odrębności. Złowrogo dziś brzmiące słowo getto jest wszak słowem żydowskim oznaczającym dobrowolną(!) izolację. Postawa taka miała zapewnić przetrwanie religii i kultury żydowskiej, narodu żyjącego w diasporze. Nie da się ukryć, ze największy odsetek tak żyjących żydów mieszkał w latach dwudziestolecia międzywojennego na ziemiach II Rzeczypospolitej. Było to tym łatwiejsze, że międzywojenna Polska, hołdując tradycji Rzeczypospolitej Obojga Narodów zapewniała żydom sporą autonomię i możliwość kultywowania własnych tradycji. Podobnie zresztą jak Cyganom, którzy jednak nie są tematem niniejszej analizy.

Innym wyróżnikiem były postawy polityczne żydów. O ile wśród zwolenników samoizolacji nie miały one większego znaczenia – wszak chodziło o ocalenie własnej odrębności, a miejsce, w którym się to robiło miało znaczenie drugorzędne – o tyle wśród zwolenników asymilacji dawało się zauważyć bardzo zróżnicowane sympatie polityczne, pociągające za sobą bardzo różną ocenę zastanej rzeczywistości. Najłatwiejszą do opisania jest tak zwana „żydokomuna”, a więc żydzi wyznający komunizm. Dla żyda – komunisty świat był stosunkowo prosty do opisania, podobnie zresztą jak dla każdego komunisty. Dzielił się na dobry Związek Sowiecki i złą…resztę świata! Oczywiście w tym „złym świecie” również trafiali się dobrzy ludzie, a byli nimi ci, którzy kochali Kraj Rad. Gdyby jednak ktoś miał problemy z ich rozpoznaniem zawsze mógł liczyć na „partię”, która wszak nigdy się nie myliła! Drugą grupę stanowili syjoniści. Syjonizm był ruchem politycznym stawiającym sobie za cel budowę państwa żydowskiego. Termin „syjonizm” pochodzi od słowa „Syjon” (hebr. ציון), będącego jednym z określeń na Jerozolimę i Ziemię Izraela, wspomnianym w Biblii. Został on utworzony na opisanie żydowskiego nacjonalizmu przez austriacko-żydowskiego dziennikarza Nathana Birnbauma. Założył on pierwsze stowarzyszenie studentów-żydów Kadimah. Słowo „syjonizm” zostało użyte po raz pierwszy przez Birnbauma w jednym z pierwszych numerów wydawanego przez niego w języku niemieckim czasopisma Selbstemanzipation w 1890. Sam Birnbaum później odwrócił się od syjonizmu, przez pewien czas był zwolennikiem autonomizmu, aż w końcu został sekretarzem generalnym antysyjonistycznego religijnego ruchu Agudat Israel. W międzywojennej Polsce najsilniejszą partią syjonistyczną była Poalej Syjon (z hebr. Robotnicy Syjonu, jid. Jidisze Socjalistisz-Demokratisze Arbeter Partaj „Poalej Cion”). Nawet ta partia jednak nie zdołała utrzymać jedności i w 1920 roku podzieliła się na Poalej Syjon – Lewica i Poalej Syjon – Prawica. Ci działacze Poalej Syjon, którzy na V konferencji Światowego Związku Poalej Syjon w Wiedniu nie opowiedzieli się za zerwaniem kontaktów biura organizacji z III Międzynarodówką, utworzyli Poalej Syjon – Lewicę. Grupa ta była szczególnie silna w Polsce, gdzie opowiadała się za zacieśnianiem więzów łączących polskich Żydów o socjalistycznych poglądach ze światowym ruchem robotniczym. Jednocześnie jej członkowie postulowali uspołecznienie środków produkcji, budowę ustroju socjalistycznego, konieczność wsparcia emigracji żydowskiej do Palestyny i stworzenia tam socjalistycznego społeczeństwa. W Polsce tymczasem pragnęli utworzenia autonomicznych instytucji żydowskich, wyłączenia spraw wyznaniowych spod kompetencji gmin i uznania języka jidysz za narodowy język polskich Żydów. Dla odmiany Poalej Syjon – Prawica należała do Światowej Organizacji Syjonistycznej i Ligi Pomocy Pracującym w Palestynie. Główne założenia programowe w okresie międzywojennym: autonomia kulturalna i narodowa świeckiej gminy żydowskiej, uznawanie przewagi języka hebrajskiego w Palestynie, a w Polsce – jidysz, opozycyjny stosunek do rządów sanacyjnych w Polsce, choć partia skupiała się przede wszystkim na działalności pośród swojego żydowskiego elektoratu, a w mniejszym stopniu decydowała się na udział w bieżącym życiu politycznym II RP.

2Inną partią żydowską w międzywojennej Polsce był Bund (w jęz. jidysz Związek); pełna nazwa – Algemejner Jidiszer Arbetersbund in Lite, Pojln un Rusland – Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, w Polsce i Rosji; ros. Всеобщий еврейский рабочий союз в Литве, Польше и России) – lewicowa, antysyjonistyczna partia żydowska działająca w kilku państwach europejskich w okresie od lat 90. XIX wieku do drugiej połowy lat 40. XX wieku. Bund był partią lewicowo-socjalistyczną, opowiadającą się za głęboką demokracją i uspołecznieniem środków produkcji, lokującą się w tradycji marksizmu. Bund opowiadał się za kulturalną autonomią dla Żydów wschodnioeuropejskich, utworzeniem laickiego szkolnictwa i wspieraniem kultury w języku jidysz. Bundowcy wierzyli, że dzięki temu Żydzi nie ulegną asymilacji i zachowają swoją odrębność. Co jednak istotne, Bund był partią antysyjonistyczną, a więc przeciwną ruchowi na rzecz powrotu do Palestyny, oraz antyreligijną.

W 1948 roku spełniło się marzenie syjonistów; na mapie politycznej świata pojawiło się Państwo Izrael. Jako państwo, które z założenia miało stać się przystanią dla ocalałych z holokaustu musiało budować swoją tożsamość w opozycji do niedawnych wydarzeń II wojny światowej. Obywatel Izraela miał być człowiekiem czynu, silną jednostką, zwycięzcą… Szoah to było dobre usprawiedliwienie dla tworzenia nowego bytu państwowego, który w założeniu miał zapobiec w przyszłości powtórzeniu się dramatu żydów z II wojny światowej, ale dla budowy państwa nie potrzebne było rozpamiętywanie klęski…Dla budowy państwa potrzebna była wielka idea, dla której przybywający z całego świata żydzi mogliby żyć. Dlatego też pierwszym z czego zrezygnowano, były języki żydowskiej diaspory; jidysz i ladino. Wszak oba były językami klęski. Zdecydowano się na język hebrajski, w nawiązaniu do czasów starożytnych. Problem polegał jednak na tym, że hebrajski był w owym czasie językiem martwym. Na co dzień żaden żyd się nim nie posługiwał. Kolejnym pomysłem twórców Izraela był świecki charakter państwa. Idea ta nie budzi, aż tak wielkich emocji w społeczeństwach chrześcijańskich, często skażonych ideami rewolucji francuskiej, dla żydów jednak była to nowość. Wszak ich naród przetrwał dzięki wyznawanej religii! Co więcej religia i kultura diaspory były niemal nierozerwalne. I na koniec sprawa najważniejsza; czy w ogóle Państwo Izrael mieści się w planach Boga wobec narodu wybranego? Nie może dziwić, że wobec tak postawionych pytań i, jakże nieoczekiwanych, dla władz izraelskich odpowiedzi, znalazła się – całkiem niemała – grupa żydów…kontestujących Państwo Izrael!

Najbardziej znaną ich reprezentacją jest organizacja, a raczej ruch judaistyczny Neturei Karta (aram..: נטורי קרתא „Strażnicy Miasta”). Sam ruch pisze o sobie ” Neturei Karta nie jest organizacją sensu stricto, oznacza raczej tych wszystkich religijnych żydów, którzy uznają tradycyjną opozycję względem idei syjonistycznej. Jest niemożliwym pogodzić propagandę syjonistyczną z zasadami judaizmu. Są to dwa różne światy – wrogie sobie i nawzajem wykluczające się.

Niemal 2000 lat temu naród żydowski utracił swoją państwową suwerenność. Dla syjonistów utrata suwerenności Izraela jest jedynie konsekwencją politycznej i militarnej słabości narodu. Stąd też uważają, iż możliwa jest restauracja świetności Izraela drogą polityczno – militarną.

3Jest to logiczne rozumowanie w kategoriach politycznych, socjologicznych, czy też biorąc pod uwagę psychologiczne konsekwencje jakie pozostawił po sobie holokaust. „Logiczne” – choć, jak pokazuje praktyka – w sferze moralnej, prowadzące do wynaturzeń i niesprawiedliwości.

Dla judaizmu – utrata niepodległości Izraela – nie była li-tylko faktem politycznym, zaistniałym w określonej sytuacji historycznej. Ma ona swój głęboki wymiar mistyczny i moralny. Wygnanie było przede wszystkim konsekwencją moralną, i koniec jego nadejść może tylko tą samą drogą.

Nie mamy prawa ustanawiać żadnej „żydowskiej państwowości” na Ziemi Świętej – do czasu zbawienia całej ludzkości. W sensie spirytualnym wygnanie to stan duchowy, który może się odmienić jedynie poprzez wypełnianie nakazów naszej świętej Tory. W sensie materialnym; restauracja państwa żydowskiego jest zakazana [Talmud, traktat Ksuwojs 111a] ponieważ prowadzi do wojny, ucisku innych narodów i nasilenia nienawiści między żydami i nie-żydami. Rozwiązanie „zaproponowane” przez syjonistów nie ma nic wspólnego z Torą, judaizmem, ani z elementarnymi zasadami sprawiedliwości. W konsekwencji ich droga stało się wygnanie żyjącego tam od wieków narodu palestyńskiego, stworzyło sytuację bez wyjścia, samonakręcającą się spiralę przemocy i nienawiści.” Neturei Karta odrzuca prawo Izraela do istnienia z tych samych przyczyn, dla których syjoniści istnienie tegoż państwa usprawiedliwiają. Dla ortodoksów z Neturei Karta, Izrael jest bowiem – jak widać w załączonej deklaracji- nie tyle uosobieniem marzeń, ile bluźnierstwem wobec Boga! Boga, z którym wszak żydów łączą więzy szczególne. Zgodnie z motywowanymi religijnie tezami ortodoksyjnych żydów Izrael może powołać do życia tylko(!) mesjasz. Mesjasz, który będzie zarówno religijnym, jak i politycznym spełnieniem obietnicy danej ludowi Izraela przez Boga. Co więcej decydując się na język hebrajski, który we współczesnym Izraelu używany jest na co dzień, twórcy państwa popełnili kolejne bluźnierstwo. Dla żydowskich ortodoksów jest to bowiem język, którym należy rozmawiać z Bogiem i…tylko z Bogiem. Sam zresztą idea świeckiego państwa żydowskiego jest dla Neturei Karta bluźnierstwem wobec Boga, wszak naród przez Boga wybrany nie może budować państwa opartego o prawa stworzone przez ludzi. Tym bardziej, że istnieją prawa dane przez samego Boga, a więc doskonalsze. Neturei Karta jest przy tym ruchem pacyfistycznym, odrzucającym przemoc. Jego uczestnicy odmawiają, z przyczyn religijnych, służby wojskowej, co w Izraelu jest bardzo źle widziane. Kłopot w tym, że dla ortodoksy z Netureji Karta służba wojskowa byłaby złem podwójnym. Po pierwsze uczestniczyłby on – a przynajmniej mógłby uczestniczyć – w wojnie. Po drugie, wojna ta toczy się w obronie państwa będącego tworem szatana i bluźnierstwem wobec Boga. Pacyfizm nie zabrania jednak wspierania ruchów i organizacji sięgających po przemoc! Z tej też przyczyny Neturei Karta ochoczo wspiera „dotacjami” organizacje…palestyńskie. Jest to zresztą całkiem zrozumiałe; jeśli Izrael jest tworem szatana, a Palestyńczycy walczą z Izraelem, to de facto walczą z szatanem! A że na koszt izraelskiego podatnika, bo jako organizacja religijna Neturei Karta ma prawo do dotacji budżetowych w Izraelu…Cóż, w ten sposób zyskuje on – podatnik – szansę, by choć w części odkupić swe winy wobec Boga. Kolejną ciekawostką jest stosunek Neturei Karta do problemu państwa palestyńskiego. W jednej z deklaracji ortodoksi piszą: „Pojawiają się liczne pytania o nasz stosunek do.. no właśnie, do czego? Do ogólnie pojętej sprawy palestyńskiej? Idei jednego, dwu, trzech, czterech państw w tym regionie? Proszę zrozumieć, Neturei Karta nie jest jedną, scentralizowaną, zamordystyczną partią o sztywno ustalonej linii politycznej. Nawet to, co tutaj piszę, proszę nie traktować jako oficjalnego stanowiska NK-Polska. To jedynie moja opinia i co najwyżej osób podobnie myślących.

Jesteśmy zdecydowanie przeciwni idei żydowskiego państwa na Ziemi Świętej zanim Haszem nie zbawi całej ludzkości i, jak to zapowiedział przez proroków nie “odmieni oblicza świata”. Jakiekolwiek żydowskie państwo tworzone w tym regionie przed przyjściem Moszijach Cidkejnu jest wbrew woli Wszechmocnego, niesie sobą wojnę, zniszczenie, nienawiść i niesprawiedliwość.

Jesteśmy przeciwni żydowskiemu nacjonalizmowi. Naszą ojczyzną jest Tora. A naszym jedynym wojskiem i bronią – micwos. Syjoniści zwykli nazywać żydów anty-syjonistów, “żydami nienawidzącymi samych siebie”. Czy Polak przeciwstawiający się polskiemu nacjonalizmowi nienawidzi polskości? Jeśli nacjonalizm jest istotą polskości – faktycznie. Lecz nacjonalizm nie jest istotą i fundamentem żadnego normalnego narodu. Żydowski nacjonalizm, czy też nacjonalizm religijny nie jest istotą ani żydowskości, ani judaizmu. Jest wrzodem na duszy narodu, objawem choroby, którą ufamy, uda nam się kiedyś przezwyciężyć i wyleczyć jej skutki.

Nasz brak poparcia dla żydowskiego nacjonalizmu, oznacza również brak poparcia dla innych ekstremistycznych nacjonalizmów i terroryzmu.

Państwo syjonistyczne nie jest państwem sprawiedliwym. Tam zabija się ludzi. W imię, czego? W imię idei „państwa”, „jedności”, „bezpieczeństwa”, w imię idei „powrotu do ziemi ojców”? Chyba żadna religia nie wytworzyła tak pokracznej i prymitywnej eschatologii jak żydowscy liderzy /by nie użyć określenia rabini/ nacjonalistyczno – religijni. Nie jesteśmy politykami, dlatego też wypada nam się powstrzymać od proponowania następnego „złotego środka” rozwiązania problemu, który na tych terenach narasta od przeszło pięćdziesięciu lat.

Czekamy na świat, w którym żadna żydowska wdowa, żadna muzułmańska wdowa nie będzie wznosić swoich łez do Wszechmocnego. Czekamy na czas, kiedy naprawdę wspólnie rozwiążemy wszystkie problemy.” Jak więc widać Neturei Karta chętniej zaakceptuje niepodległą Palestynę niż niepodległy Izrael.

4Kolejny problem to stosunek Neturei Karta do holokaustu. Oczywiście wyznawcy ortodoksyjnego judaizmu nie negują faktów i pojawiające się tu i ówdzie sugestie jakoby było im po drodze z historykami-rewizjonistami są nieprawdziwe. Rzecz jednak w czym innym. O ile dla syjonistów holokaust był wydarzeniem potwornym, o tyle dla Neturei Karta był on karą Boga za grzechy narodu wybranego, który zamiast wypełniać Przykazania bluźnił Bogu szukając zwodniczych idei: socjalizmu, liberalizmu czy syjonizmu. Czyli, tak naprawdę, oddając cześć „złotym cielcom”. Sami zresztą piszą o tym w jednej ze swoich deklaracji: „Dlaczego gwałcisz porządek boski? To się nie uda. “W ostatnich czasach problem pokoju na świecie, pokojowych konferencji zajmuje wiele miejsca. Stał się tematem niezwykle “medialnym”. Nasze stanowisko w tej kwesti opiera się wyłącznie na Torze. Nie możemy ignorować Tory, skoro Bóg – Dawca Tory pozostaje wierny jej zasadom w odniesieniu do nas.

CO MÓWI TORA?

Według Tory, 3263 lata temu otrzymaliśmy Ziemię Świętą od samego Boga. Nie było to jednak nadanie bezwarunkowe. Jeśli będziemy się stosować do Tory i przestrzegać jej Drogi, – ta Ziemia będzie nasza. Jeśli nie – zostaniemy wyrzuceni. Zgrzeszyliśmy. Zostaliśmy wypędzeni. Nawet w czasach gdy byliśmy bardzo silni. Prorok Jeremiasz powiedział: Wszyscy królowie i ludzie świata nie wierzyli, że jakikolwiek najeźdźca byłby zdolny przejść przez bramy Jeruzalem…. Z powodu naszych grzechów zostaliśmy wygnani z naszej ziemi. I tylko poprzez całkowity żal Wszechmocny sam , bez żadnych ludzkich wysiłków czy interwencji, uratuje nas z wygnania. Wówczas nastąpi powszechny pokój. Stanie się to po nadejściu proroka Eliasza i prawdziwego Mesjasza. Nie przez moc i nie przez władze, tylko dzięki Memu duchowi (Zachariasz rozdział 4) . Syjoniści odrzucili żydowska wiarę i twierdząc, że lekarstwem na ‘żydowski problem’ jest posiadanie silnego państwa z silną armią. Ta wymiana uświęconej wiary na nacjonalizm niszczy świętą istotę żydów. Przyniosła wojnę, śmierć i rozlew krwi. Rezultatem jest ich państwo, najniebezpieczniejsze miejsce dla żydów.

ZDRADA

Syjoniści poświęcili wiele żydowskie istnień w swych ciągle trwających konfliktach. By osiągnąć swój cel zawsze świadomie wywoływali antysemityzm. Podczas II wojny światowej byli przeciwni dawaniu pieniędzy na ratowanie Żydów. Lider syjonistów Yitzhak Greenbaum powiedział podczas przemówienia w Tel Avivie 18 lutego 1943 roku, że ktoś powinien stawić opór tej fali drugorzędnych roszczeń . Powiedział także: Jedna krowa w Palestynie jest ważniejsza niż wszyscy europejscy Żydzi. Ich interesem nie było ratowanie Żydów, przeciwnie, im więcej żydów ginęło – tym większym było dla nich atutem i kartą przetargową. Ich mottem było rak bedam (tylko przez krew dostaniemy ziemię).
RABINI OSTRZEGALI PRZED NIEBEZPIECZEŃSTWEM

Największe rabiniczne autorytety ostrzegały przed niebezpieczeństwem syjonizmu. Entuzjazm dla syjonizmu i wszystkich jego przedmiotów ‘kultu’: armią, ambasadami, flagą itd., jest według Tory, dziełem jacer hara . Ale prawdziwa wiara żydów nie zmieniła się, a pokojowe rozmowy, przeszłość, przyszłość czy teraźniejszość, nie są w stanie jej zmienić. Nie może być prawdziwego pokoju tak długo jak państwo syjonistyczne istnieje, Syjonistyczne państwo jest największą katastrofą dla Żydów! Nie ma pokoju dla czyniących zło , powiedział Bóg. (Izajasz 48 i 57)

TRZY PRZYSIĘGI

Zostaliśmy zobowiązani przez Wszechmocnego by nie stosować siły w celu założenie państwa, nie buntować się przeciwko narodom, pozostawać lojalnymi obywatelami i nie opuszczać wygnania przed czasem. Nawet gdyby ziemia był nam dana przez wszystkie narody, nie mamy pozwolenia by to zaakceptować. Zgwałcenie przysięgi sprawi, iż staniemy się zdobyczą jak jeleń albo antylopa w lesie (Talmud Ksuwojs 111a). Żydzi mieszkali w Palestynie w pokoju i harmonii z Palestyńczykami aż do nadejścia syjonistów. Prawdziwi żydzi są nie tylko przeciwko okupacji Zachodniego Brzegu i Gazy z jej codziennymi gwałtami i zabójstwami, ale także przeciwko całej okupacji palestyńskiej ziemi. Według Tory, cała Palestyna powinna być zwrócona Palestyńczykom.

- Według Tory, Żydzi nie mogą przelewać krwi, krzywdzić, poniżać czy dominować nad innymi ludźmi.
- Niech świat wie, że bycie Żydem znaczy bycie oddanym Torze i odrzucenie syjonistycznej herezji. W syjonistycznym państwie Żydzi cierpią religijne prześladowanie i nietolerancję. Nawet groby naszych przodków są niszczone i bezczeszczone zgodnie z syjonistycznym planem zniszczenia żydowskiej religii. Nawet jeśli syjoniści są zwolennikami przestrzegania religijnych praw to wciąż będzie to państwo ateistyczne, fakt jego istnienia- jest sprzeczny z Torą.
- Syjonistyczni politycy i ich współtowarzysze nie przemawiają w imieniu Żydów, nazwa Izrael została przez nich skradziona. Syjonistyczna propaganda przeciwko żydowskiej tradycji i prawu stawia syjonizm na pozycji największego wroga żydów.”

Można sobie zadać w tym miejscu pytanie na ile silne jest środowisko Neturei Karta wśród żydów w ogóle, a w szczególności w samym Izraelu? Zapewne nie jest to grupa dominująca w życiu politycznym. Nie zmienia to jednak faktu, ze jest sporą liczebnie grupą w społeczeństwie izraelskim. Świecki, syjonistyczny Izrael, tak naprawdę niewiele różni się od innych, opartych na świeckich ideologiach państwach Europy czy Ameryki. Kryzys wartości, rozpasana konsumpcja, pęd za wygodami dnia codziennego to zwykły obrazek przeciętnej rodziny niemieckiej, amerykańskiej, polskiej czy izraelskiej. Do tego „moda” na singli, a w ostateczności model rodziny 2+1 czy 2+2. Zupełnie inaczej wygląda sprawa wśród żydowskich ortodoksów. Jak wszystko co napisano w Starym Testamencie, słowa „rozmnażajcie się i czyńcie sobie Ziemie poddaną”, traktują oni z całą powagą. To też normalny model rodziny jest tu również „nieco” inny i rodziny 2+9 czy 2+11 nie stanowią niczego wyjątkowego! Efekt jest taki, ze odsetek wyznawców ortodoksyjnego judaizmu z każdym rokiem wzrasta i obecnie wynosi kilkanaście procent. Nawet masowa imigracja żydów sowieckich niewiele tu zmieniła…Wszak i oni przyjechali z państwa gdzie ideały rewolucji francuskiej były realizowane z całą brutalnością, a świecki model społeczeństwa był nie tyle wyborem, ile nakazem każdego obywatela.

Wielu publicystów, naukowców, dziennikarzy pisząc o Izraelu maluje przed czytelnikiem wizje „jądrowego Armageddonu”. Patrząc jednak na współczesne społeczeństwo Izraela, w którym z każdym rokiem przybywa obywateli stawiających sobie za cel likwidację państwa żydowskiego (w tym miejscu należy przypomnieć o arabskich obywatelach Izraela ), można sobie zadać pytanie, czy koniec ten nie będzie żałośnie banalny? A jego symbolem, będzie nie grzyb atomowy, ale kartka wyborcza!

Bogdan Pliszka

Błogosławiony Sakiewicz

Redaktor Tomasz SAKIEWICZ użala się nad swoim losem (Salon24):

Ofiary Wielgusa

Nie ma obelgi, która by mnie nie spotkała ze strony Radia Maryja. Na tych falach wykryto we mnie ciągotki satanistyczne, zasugerowano rodzaje śmierci, które powinny być mi zadane, a nawet żądano ekskomuniki. Z w miarę pozytywnego bohatera (po sprawie Suboticia) dla narodowych katolików stałem się Michnikiem do kwadratu. W tym czasie nie zmieiłem swoich poglądów ani na jotę. Lustrując “onych” miałem chociaż zapewnione uznanie jednej strony. Lustrując “naszych” z rozmachem pozbawiłem się “sojuszników”. Zrobiłem to w pełni świadomie, gdyż mając do wyboru święty spokój i wiarygodność mogłem zrobić jedynie to, co powinien zrobić każdy dziennikarz.

A jednak dzisiaj, mimo że znaczna część słuchaczy Radia Maryja dołączyła do nagonki na “Gazetę Polską” ,uważam, że są oni ludźmi najbardziej pokrzywdzonymi. Ci, którzy mieli dosyć siły, by poznać prawdę, przeżywają gorycz ogromnego rozczarowania. Ci, którzy uwierzyli w coraz bardziej sprzeczne zapewnienia abp. Wielgusa czują się jak w matni. Wierzą o. Rydzykowi a jedncześnie muszą przełykać fakt, że przy biskupie pojawiają się tak dziwne persona jak dr Gontarski, czy mecenas Małecki. Prawda kiedyś dotrze i do tej grupy słuchaczy, a są to setki tysięcy ludzi. Co stanie się wtedy? Kto zatrze w ich duszach potworne zgorszenie. W imię czego wpycha się tych ludzi na drogę, na której triumfuje obłuda i kłamstwo. Gdzie są biskupi, którzy wyjdą do nich i wyprowadzą z ciemnej uliczki? Gdzie są pasterze, którzy poddadzą tak zaanagżowanym w życie Kościoła ludziom rękę? Kto pozwolił potraktowac ich jak mięso armatnie w walce o interesy kilku hierarchów?

@autor: Głowa do góry, Panie Tomaszu. Prawda o Panu z pewnością zostanie wyjawiona. To kwestia czasu.

Bo Prawda jak ta oliwa. Weźmy takiego Wielgusa. Tyle dziesięcioleci żył sobie w zadufaniu, pewien że jego niecne czyny pozostaną w utajnieniu. I szczezną w zapomnieniu. A tu, dziennikarze “śledczy” dotarli i wydarli z przepastnych archiwów IPN-a – Prawdę. I rzucili Prawdą w lico szubrawca. A Pan, Panie Tomaszu (nomen omen, etymologia imienia to podobno “bliźniak” ) przewodził tej słusznej i sprawiedliwej Bitwie.

Uratował Pan Kościół przed wielkim błędem, a arcybiskupi stołeczny stolec – od skalania. To wielka zasługa. W annałach będzie zapisana. A dziatwa z wypiekami na buziach, bawić się będzie w wielgusów i sakiewiczów.

Męczeństwo Pana jest wielkie. Kto chce widzieć, to widzi. Kto chce słyszeć, to słyszy. A tym ślepym i głuchym – na pohybel.

Proszę się nie poddawać! Czytał Pan przecież głosy poparcia. Lud myślący jest z Panem. Jestem przekonany, że dzielnie przetrwa Pan te kalumnie – przecież przez motłoch nieświadom Prawdy – rzucane.

Panie Tomaszu, proszę nie mieć maluczkim za złe.
Przyjdzie czas, że przejrzą. Jak przejrzał Tomasz niewierny wtykając paluch w ranę Chrystusa.
Przejrzą i – wyniosą na ołtarze.
Zawołają wespół gromko: Subito, Santo. 

A już mniej patetycznie.
Czy redakcyjnymi siłami, ewentualnie ze wsparciem ekspertów, nie moglibyście w GP punkt po punkcie obalić te hmm, “wątpliwości” wyimaginowane przez “dziwne persona jak dr Gontarski, czy mecenas Małecki” dla zabełtania ludziom we łbach?
Bardzo na to liczę.

Adam Em

2007-02-26 03:46:36

Komentarz:
Niestety, może być pewien problem z finalizacją procesu beatyfikacyjnego red. Sakiewicza. Potrzebne są świadectwa o cudach za jego przyczyną, a z tymi krucho.


Hello world! / Hej, światku!

Szkoła Medyczna z Salerno, miniatura z Kanonów Awicenny; Wikipedia

Z pamiętnika wesołego chirurga.